bractwolider.org
-strona główna

Bractwo Liderów to szlacheckie stowarzyszenie o charakterze patriotycznym i międzynarodowym





Są siły, którym zależy na podporządkowaniu społeczeństw

- mówi Arcybiskup prof. dr hab. Stanisław Wielgus

 Wielgus

 

    

     Arcybiskup prof. dr hab. Stanisław Wielgus, lat 78, prawdziwy syn polskiej ziemi, pochodzący z lubelskiej wsi Wierzchowiska - to słynny polski duszpasterz rzymskokatolicki, znany z prawości charakteru i uzdolnień krasomówczych, wybitny uczony i autor cennych książek.


   Był wieloletnim Rektorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, biskupem płockim i jeden dzień (5 stycznia 2007 roku) Arcybiskupem Metropolitą Warszawskim.

 

 

 

Herb Arcybiskupa Stanisława Wielgusa

i jego dewiza herbowa o wymownej treści.

 Wielgus

   Zmuszony został do ustąpienia z funkcji Metropolity Warszawskiego wskutek wyjątkowo podłej nagonki - ataków medialnych, przypuszczonych na niego na przełomie 2006 i 2007 roku przez środowiska masońskie i talmudyczne. Ataki te zniósł z wielką godnością, choć i bólem.

 

   Celem tych ataków było niedopuszczenie przez wspomniane środowiska do objęcia najważniejszej funkcji w polskim Kościele - Metropolity Warszawskiego przez biskupa, który słynął z odważnego wskazywania negatywnych skutków związanych z rolą tych środowisk w polskim społeczeństwie.

 

   W przytoczonym artykule Arcybiskup Stanisław Wielgus otwarcie podaje, który Prezydent RP był jednym z promotorów tego ataku: "bardzo mu zależało, żebym nie został arcybiskupem warszawskim".

 

   Sytuacja ta przypomina podobne wydarzenia z XI wieku. Wówczas to Patron naszego Bractwa, a imiennik Arcybiskupa Wielgusa, biskup krakowski św. Stanisław równie odważnie występował przeciwko ekscesom-wynaturzeniom i antyspołecznej polityce ówczesnego króla Bolesława Śmiałego. Zapłacił za to najwyższą cenę, ponieważ został uśmiercony przez władcę.

  

   Jednak prawda będąca po stronie św. Stanisława zwyciężyła: król został rychło wypędzony przez polskie społeczeństwo i sczezł na wygnaniu (nawet nie wiadomo, gdzie znajdują się jego szczątki), zaś biskup Stanisław uznany został świętym i ogłoszony przez papieża Patronem Polski, a przed jego grobem w centralnym miejscu katedry na Wawelu przez wieki modlili się kolejni władcy Polski.

Wielgus 

 

 

    

   Nie ulega wątpliwości, że w podobny sposób zakończy się również współczesna sytuacja.

 

   Prawda głoszona przez Arcybiskupa Stanisława Wielgusa na pewno zwycięży, a jego męczeństwo (medialne i w zakresie godności, a zatem jeszcze bardziej bolesne od cielesnego) zostanie zrozumiane i docenione.

 

 

 

Ojciec Święty Jan Paweł II i Stanisław Wielgus.

   

   Nie bez powodu artykuł prasowy, który niżej przywołujemy, ma wymowny tytuł: "Kościół zwycięży, zawsze", a pierwsze przytoczone w nim słowa Arcybiskupa Stanisława Wielgusa brzmią: "Chcę, żeby zwyciężyła prawda".

 

   Najważniejsza treść tego artykułu - wypowiedzi Arcybiskupa Stanisława Wielgusa zawiera się w następujących słowach:


   Są określone siły, światowe siły, którym zależy na całkowitym podporządkowaniu sobie społeczeństw współczesnych. I robią to w sposób następujący: po pierwsze, opanować parlamenty, poprzez wpływ na wybory, na ordynację wyborczą; po drugie, opanować uniwersytety; po trzecie, opanować media i rozrywkę. To wystarczy, bo w ten sposób zmieni się elity. A o losach narodów decydują elity, nie miliony, tylko elity. I w ten sposób się zmienia historię.

 

   Zmieniając elity i przygotowując odpowiednio ludzi w tych wspomnianych przeze mnie sferach: parlamenty, uniwersytety, media i rozrywka. Popatrzmy, że to jest realizowane konsekwentnie od lat. U nas też. Media oczywiście są narzędziem bardzo skutecznym i oddziałującym na rzeczywistość. Ale one są w rękach określonych sił, które dysponują pieniędzmi, władzą i określoną ideologią, którą narzucają.

 

 Wielgus

 

 

  

   

Poniżej przytaczamy w całości wspomniany cenny artykuł pt. "Kościół zwycięży, zawsze".

 

Opublikowany został w gazecie

"Nasz Dziennik" 20-21 grudnia 2014 roku.

 

Tekst jest zapisem rozmowy

red. Sławomira Jagodzińskiego

z Arcybiskupem Stanisławem Wielgusem.

 

 

 

 

 

Obok fotografia pierwszej części artykułu.

Kościół zwycięży, zawsze

 

Z ks. abp. Stanisławem Wielgusem
rozmawia Sławomir Jagodziński

 

O losach narodów decydują elity,
nie miliony, tylko elity.
I w ten sposób się zmienia historię

 

"Chcę, żeby zwyciężyła prawda", napisał ksiądz arcybiskup we wstępie do swojej najnowszej książki, która nosi podtytuł "Historia mojego życia". Skąd ta potrzeba wrócenia do tych chwil radosnych, ale też tych dramatycznych związanych z oskarżeniem o współpracę z organami bezpieczeństwa PRL?
   - Jest takie powiedzenie: Jeśli nie chcesz, żeby Twoją historię pisali inni, to napisz ją sam, bo wiesz dużo więcej. Choć to może być subiektywne, bo trudno być obiektywnym w ocenie samego siebie. Nikt nie jest sędzią w swojej sprawie. Niemniej jednak wiem najwięcej na swój temat. A przecież cała moja historia nabrała publicznego charakteru, o co różni ludzie skutecznie zadbali, doszedłem do wniosku, że należy to przedstawić z mojego punktu widzenia, tak jak to było rzeczywiście.

 

W jakim celu?
   - Po prostu dla historii. Bo chcąc nie chcąc, stałem się osobą publiczną, arcybiskupem warszawskim, a już tylko przez sam ten fakt wchodzi się do historii. Bez wątpienia ktoś, kto będzie pisał historię tych czasów, będzie potrzebował jakichś materiałów. Być może ta książka stanie się przyczynkiem do pełniejszego ukazania prawdy. Ja nie zmieniałem swojego światopoglądu nigdy, od dzieciństwa.

 

Zwróciły moją uwagę takie słowa: "Nie boję się konfrontacji moich czynów z czynami tych, którzy sponiewierali moją godność". Czy świadectwo Księdza Arcybiskupa przekona czytelników?
   - Nie wiem. To jest sprawa odbioru i dobrej woli czytelników, ale liczę na to, że spróbują na to obiektywnie spojrzeć. Napisałem tę książkę, żeby powiedzieć, jak ja myślę i jak było, a resztę to niech ludzie ocenią. To już jest ich sprawa. Ja siebie nie przeceniam. Jestem mało znaczącym elementem w życiu Kościoła.

 

Czy Ksiądz Arcybiskup odnajdywał się w jakimś stopniu w tym obrazie własnej osoby, jaki wyłaniał się z publikacji medialnych na przełomie 2006 i 2007 roku?
   - Absolutnie nie. To był całkowicie spaczony i krzywy obraz. Zwrócono tylko uwagę na tę awanturę związaną z oskarżeniami przeciwko mnie. Nikt nie zadbał o to, aby przedstawić mój życiorys i moje dokonania mniejsze i większe, które były moim udziałem minionych lat. To, co o mnie pisano, to była kpina, zupełna kpina. Zresztą potem wielu ludzi się dziwiło, mówili: przecież ty miałeś wielkie zasługi dla uniwersytetu i zasługi duszpasterskie z uwagi na działalność kaznodziejską, na listy rektorskie itd. I dziwne, że nikt, w ogóle nikt na ten temat się nie zająknął... Nikt się nie zająknął, tylko uderzono we mnie, żeby mnie zniszczyć. To było - moim zdaniem - celowe działanie, aby nie dopuścić tego konkretnego człowieka do Warszawy.

   Niektórzy, zwłaszcza celował w tym Tomasz Terlikowski, malowali mój obraz jako karierowicza, który dla kariery gotów jest zrobić wszystko. A ja jestem wewnętrznie przekonany, że zupełnie mi na karierze nie zależało. Jeśli już miałem jakieś plany, to chodziło mi o rozwój nauki, o nic więcej.


Świadczy o tym choćby odmawianie przyjęcia najpierw biskupstwa, a potem arcybiskupstwa... 

   - Nie przyjąłem w 1992 r. nominacji na biskupa sandomierskiego, bo uważałem, że to nie jest moja droga, nie czułem się do tego powołany. Miałem świadomość olbrzymiej odpowiedzialności duchowej. Ale jak przyszła po raz drugi papieska prośba w 1999 r., to uznałem, że widocznie taka jest wola Opatrzności, i przyjąłem biskupstwo płockie. Natomiast gdy po siedmiu latach nuncjusz zaproponował mi w imieniu Benedykta XVI arcybiskupstwo warszawskie, również nie chciałem się zgodzić - trzykrotnie odmawiałem, proponowałem innych...  Ale w końcu uległem,, być może jestem za słaby psychicznie, że można było wymusić na mnie taką decyzję. Zgodziłem się, uważając, że taka jest wola Kościoła, którego ja słucham. Ale w żadnym wypadku nie traktowałem tego jako awansu, jako kariery. Wręcz przeciwnie, jako straszliwy ciężar, bo być w tej chwili biskupem, zwłaszcza biskupem Warszawy, która jest niesłychanie trudnym miastem, to jest ogromna odpowiedzialność.


Wraz z nominacją rozpoczęła się nagonka na Księdza Arcybiskupa, doszło do interwencji władzy świeckiej w obsadzenie urzędów kościelnych. Dlaczego?
   - Nie wiem. Nie znam powodów tego, dlaczego mnie tak zniszczono, jakie siły za tym stały.

  

Z książki wynika jasno, że jednym z promotorów ataku był ówczesny prezydent RP śp. Lech Kaczyński...
   - Moim zdaniem, stały za tym określone siły, które przekraczały granice naszego kraju. Nie będę tego w tej chwili konkretyzował... Faktem jest, że Lech Kaczyński stał się moim nieprzyjacielem i bardzo mu zależało, żebym nie został arcybiskupem warszawskim.
   Myślę, że były naciski na niego. Widocznie był czymś straszony czy szantażowany, że podjął później takie, a nie inne decyzje. Ale według mojego przekonania, to były siły zewnętrzne, absolutnie nie kościelne i nie religijne, które skoncentrowały się na ataku na mnie. Ostatecznie Kościół został uwikłany w ogromną awanturę.

 

Z tą sytuacją nie mógł sobie wówczas poradzić Episkopat. Jak to Ksiądz Arcybiskup dziś widzi?
   - Episkopat był zaskoczony, wszystko działo się szybko... Ja oczywiście nie posądzam nikogo o złą wolę. Ale biskupi byli zaskoczeni, niektórzy byli zresztą również atakowani. Nie w takiej skali jak ja, bo inne stanowiska zajmowali, ale byli. Byli zaskoczeni i ulegli presji władzy państwowej i mediów... Tym, który dobrze się zachował, był Prymas Józef Glemp, zajął odpowiednie stanowisko. Później jego też atakowali, że wystąpił przeciw Papieżowi, co było kompletną bzdurą.


Czy Ksiądz Arcybiskup nie uważa, że ta sprawa jest wciąż niezałatwiona w Episkopacie?
   - Nie, dajmy już temu spokój. Passe. Dziś i tak byłbym już na emeryturze, bo wkrótce kończę 76 lat. Być może w tamtych dniach zabrakło mi siły i energii. Ale byłem tak niesłychanie zmęczony tymi atakami i wtedy osamotniony, że po rezygnacji poczułem pewną ulgę. Cały czas jednak trudne jest dla mnie do uwierzenia to, że tzw. katoliccy dziennikarze wzięli w tym ataku na mnie zasadniczy udział.

  

W książce najmocniejsze słowa padają właśnie w stosunku do dziennikarzy. Czy oni najbardziej Księdza Arcybiskupa skrzywdzili?
   - Tak zwani katoliccy i prawicowi dziennikarze przodowali w atakowaniu mnie. Chociaż życie prywatne wielu z nich wskazuje na to, że z etyką chrześcijańską nie mają wiele wspólnego. Szczycili się tym, że potrafili zablokować papieską nominację. Stali się podobni do stowarzyszeń na Zachodzie deklarujących: My jesteśmy Kościołem wbrew biskupom.

 

Napisał Ksiądz Arcybiskup, że nie czuje nienawiści do tych, którzy go skrzywdzili. Czy dlatego zrezygnował Ksiądz Arcybiskup z wytaczania procesów oszczercom?
   - Tak, ja mocno wierzę w Pana Boga i sąd Boży. Jako kapłan czuję się zobowiązany do przestrzegania trudnego przykazania miłości bliźniego, także miłości nieprzyjaciół. Ono nie polega na uczuciu, tylko na takiej właśnie postawie. Nie czuję nienawiści, tylko co najwyżej smutek.

 

Czy któryś z tych dziennikarzy próbował przeprosić, wyjaśnić swoją postawę?
   - Nie, nigdy.

   

Czyli według nich wszystko jest w porządku?
   - Z tego, co wiem, niektórzy z nich dostali wielkie pieniądze "za Wielgusa". Chwalili się, że wyszli z długów, które mieli. Niektórzy chwalili się, że po tym wszystkim zostali prawdziwie docenieni jako dziennikarze. Atak na mnie zatem wykorzystali do celów prywatnych, a mnie zarzucają karierowiczostwo...


Sprawa się ciągnęła przez kilka miesięcy... Od pewnego czasu pojawiła się jednak zmowa milczenia. Czy nadszedł taki czas, że do prawdy nikt nie chce już dążyć?
   - To jest jeden ze sposobów na to, jak najłatwiej załatwić sprawę, nie odzywać się. Przemilczeć i już. Tak się robi, gdy nie ma się argumentów.


Ale krzywda człowieka pozostała...
   - Proszę pana, czy pan posądza tych ludzi o uczciwość intelektualną? To są tylko usta pełne haseł, a pod spodem interes własny, pieniądze, kariera i nic więcej. Tylko to się liczy. Ja tak właśnie myślę o tych ludziach. Ich postawa jest cyniczna, zupełnie cyniczna.


Z tego wszystkiego wyłania się smutny obraz mediów i dziennikarstwa...
   - Bardzo smutny. W tej chwili można zauważyć jedynie wyjątki takiego dziennikarstwa autentycznego. W większości mediów chodzi o sensację, żeby się sprzedawało, żeby reklamodawcy przyszli... Liczy się kasa.


A co z misją mediów?
   - Oczywiście, nie chcę uogólniać, ale absolutnie nie wierzę, że większości współczesnym mediom przyświeca naprawdę jakaś szlachetna misja... W wielu nawet tzw. głównych mediach pracują ludzie nieprzygotowani intelektualnie do tego. Sprawdza się to, co kiedyś Żeromski powiedział o dziennikarzach, że dziennikarz to jest doktor wszechrzeczy po łebkach. Posługuje się jakąś ilością zdań, obraca nimi sprawnie na wszystkie strony, jest wygadany, obyty, otrzaskany, ale nie sięga istoty rzeczy. Nie chcę generalizować, bo są oczywiście i dobrzy dziennikarze, którym rzeczywiście zależy na tym, żeby sprawę uczciwie potraktować. Jednak w większości przypadków, chodzi o sensację, blichtr i pieniądze...

 

Nie dałoby się zrobić takiej nagonki na Księdza Arcybiskupa bez mediów. Ich wpływ na społeczenstwo, na to, co myśli o Kościele, o określonych biskupach, jest cały czas bardzo duży.
   - Niestety, i to jest smutne. Są określone siły, światowe siły, którym zależy na całkowitym podporządkowaniu sobie społeczeństw współczesnych. I robią to w sposób następujący: po pierwsze, opanować parlamenty, poprzez wpływ na wybory, na ordynację wyborczą; po drugie, opanować uniwersytety; po trzecie, opanować media i rozrywkę. To wystarczy, bo w ten sposób zmieni się elity. A o losach narodów decydują elity, nie miliony, tylko elity. I w ten sposób się zmienia historię.  

 

Zmieniając elity ...
   - Zmieniając elity i przygotowując odpowiednio ludzi w tych wspomnianych przeze mnie sferach: parlamenty, uniwersytety, media i rozrywka. Popatrzmy, że to jest realizowane konsekwentnie od lat. U nas też. Media oczywiście są narzędziem bardzo skutecznym i oddziałującym na rzeczywistość. Ale one są w rękach określonych sił, które dysponują pieniędzmi, władzą i określoną ideologią, którą narzucają. Jeśli nie będziesz jej realizował, to cię nie ma. Na Zachodzie jest już tak od dawna.

 

Sprawa Księdza Arcybiskupa Wielgusa, obok krzywdy wyrządzonej konkretnemu człowiekowi, spowodowała też podział w społeczeństwie, także w Kościele. To pewnym środowiskom było i jest na rękę.
   - To jest stara zasada, dziel i rządź. I nie ma się co dziwić, że będzie się szukać takich sposobów, żeby podzielić ludzi, przeciwstawić sobie. Proszę zwrócić uwagę na to, że taką metodę, powszechnie stosują media, i to nie tylko w sprawach kościelnych. Jak są organizowane w redakcjach mainstreamowych różne dyskusje? Zawsze tak się dobiera przeciwników, żeby walczyli ze sobą. Akcent jest położony na walkę. Nie chodzi o prawdę, chodzi o starcie. Gdy jest spór, kłótnia, wyzwiska, wtedy jest fajnie, wtedy jest poczytalność, oglądalność. Chodzi o to, aby antagonizować społeczeństwo, podkładać ognia do sporów, wtedy się coś dzieje. Ta metoda dotyczy także Kościoła. Szuka się takich ludzi w Kościele, którzy będą się ze sobą spierali, będą wojować. Ukazuje się, że nie ma jedności, a potem nakłada się na to różne etykietki.

 

Udany atak na Księdza Arcybiskupa ośmielił media do ataków na innych biskupów w kolejnych latach.
   - To jest chyba ogólnoświatowy trend. Te próby były zawsze. Chodzi o podporządkowanie sobie Kościoła, jego instrumentalizację dla swoich celów. Wszyscy władcy w historii tego próbowali. Zarówno niegdyś komuniści, jak i obecni "władcy" chcieliby, żeby Kościół chodził na ich sznurku. I dążą do tego wszelkimi sposobami. Albo straszą, albo mają usta pełne sloganów katolickich. Musimy cały czas pamiętać o słowach Pana Jezusa: "Mnie prześladowali i was będą prześladować". One są skierowane przede wszystkim do takich ludzi, jak biskupi czy kapłani. Nie ma co się dziwić. Żyjemy w epoce, w której Kościół jest gwałtownie atakowany, ale Kościół nie zginie, Kościół zwycięży, zawsze. Choć w tej cywilizacji europejskiej ulega, niestety, osłabieniu, ale gdzie indziej się odradza, jest bardzo żywy.


Dziękuję za rozmowę.

   
 Wielgus

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książka Arcybiskupa Stanisława Wielgusa,

o której mowa w przytoczonym artykule, pt.

"Tobie, Panie, Zaufałem, Nie zawstydzę się na wieki:

Historia mojego życia", Warszawa 2014.

 

 

 


Jest zalecona jako lektura

członkom Bractwa.

   Na koniec - w celu pełniejszego wyjaśnienia kwestii podniesionych w przedstawionym artykule - przytaczamy fragment książki Arcybiskupa Stanisława Wielgusa, o której mowa w tym artykule, pt. "Tobie, Panie, Zaufałem, Nie zawstydzę się na wieki: Historia mojego życia", (strony 152, 153 i 156):


   "W nagonce zasłużyli się zwłaszcza niektórzy tzw. dziennikarze, bardzo sowicie wkrótce potem wynagrodzeni (chwalili się do kolegów) za swoją działalność przeciw mnie.

 

   Przez cały czas nienawiścią ział Tomasz Terlikowski (który zresztą wielokrotnie brał udział w bezwzględnym atakowaniu biskupów, a poza innymi wynagrodzeniami otrzymał zaraz etat w "Rzeczpospolitej", potem we "Wprost", nigdzie jednak nie trzymano go dłużej niż kilkanaście tygodni), a także Tomasz Sakiewicz (przechwalający się publicznie tym, jak się rozwodził ze swoją żoną, po atakach na moją osobę także sowicie wynagrodzony etatem w Polskim Radiu, sługa i pupil panów Kaczyńskich) oraz doradca ówczesnego marszałka Sejmu Marka Jurka - Paweł Milcarek.

 

   Wtórowało im wielu innych publicystów, polityków i tzw. autorytetów, m.in.: ze szczególną zajadłością Ewa Czaczkowska, Piotr Semka, Cezary Gmyz, Stanisław Janecki (wróg Kościoła katolickiego i redaktor naczelny "Wprost", usunięty stamtąd w 2010 r.), Eliza Olczyk, Dominik Zdart, Robert Krasowski, Dorota Kania, Mikołaj Lizut, Rafał Ziemkiewicz, Robert Mazurek, Roman Graczyk, Marcin Przeciszewski, Tomasz Wiślicki, Mikołaj Wójcik, Zbigniew Nosowski, Andrzej Friszke, Jan Turnau, Monika Olejnik, Paweł Lisicki, Cezary Gawryś, jezuita Wacław Oszajca, dominikanin Tadeusz Bartoś (w kilka miesięcy potem porzucił kapłanstwo), dominikanin Ludwik Wiśniewski, Przemysław Harczuk, Piotr Zaremba, Jerzy Jachnowicz, Jan Żaryn (to on wykorzystał moją naiwność i w grudniu 2006 r. przeprowadził ze mną wywiad, mający charakter prokuratorskiego przesłuchania, który nie wniósł nic poza moje późniejsze oświadczenie), jezuita Jacek Prusak, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Krzysztof Zanussi, Andrzej Zoll, Ireneusz Krzemiński, Władysław Bartoszewski (którego jako rektor KUL energicznie broniłem, gdy późną jesienią 1996 r. wybuchł skandal w związku z listem skierowanym do biskupa diecezji Essen dr. Huberta Lute przez dziesięciu intelektualistów z KUL, wyrażających ubolewanie, że Bartoszewski otrzymał przyznawaną przez biskupstwo w Essen nagrodę im. Heinricha Braunsa za zasługi dla katolickiej nauki, a tymczasem jest to człowiek, który nie ma nawet magisterium, a posługuje się tytułem "profesor", że nie ma pojęcia o katolickiej nauce społecznej i jest rozwodnikiem), Wiesław Chrzanowski, a także Marek Jurek.

 

   Komuś potężnemu bardzo zależało na tym, by nie dopuścić mnie do objęcia archidiecezji warszawskiej. Pod presją straszliwych, nieludzkich ataków, prowadzonych - co za paradoks - szczególnie przez tzw. katolickich dziennikarzy, niektórych polityków, zwłaszcza z PiS z panami Kaczyńskimi na czele, ale także polityków z PO, m.in. Jarosława Gowina, Antoniego Mężydłę, Jana Rulewskiego i ludzi związanych z "Tygodnikiem Powszechnym", "Gościem Niedzielnym", "Znakiem" - chciałem się wycofać z ingresu".

 

 Wielgus

 

 

 

 

 

  

Arcybiskup Stanisław Wielgus jest członkiem

naszego Bractwa i gorąco popiera

naszą patriotyczną działalność.

 

   

 Na fotografii: Arcybiskup Stanisław Wielgus

uroczyście przekazuje Wielkiemu Mistrzowi

Ryszardowi Murat deklarację członkowską

do naszego Bractwa.

Wielgus
Bractwo 

Arcybiskup prof. dr hab. Stanisław Wielgus wygłosił przejmujące kazanie w trakcie mszy św.

polowej na dorocznej uroczystości Bractwa na cmentarzu wojennym polskich patriotów

w Kolonii Zbędowice między Puławami i Kazimierzem Dolnym 22 listopada 2013 roku.

Za plecami Arcybiskupa historyczny pomnik z orłem, na którym wzorowany jest herb

Bractwa. Obok ksiądz prałat Józef Roman Maj i ośmiu generałów.

 Zbędowice  Zbędowice



Użyte tu fotografie i teksty należą do właściciela tej strony.
Kopiowanie lub wykorzystywanie jakichkolwiek fotografii
lub fragmentów tekstu bez pisemnej zgody właściciela strony jest zabronione.
Naruszenie tych praw w razie ujawnienia grozi odpowiedzialnością cywilną i karną.
Odwiedzin:
150590