bractwolider.org
-strona główna

Bractwo Liderów to szlacheckie stowarzyszenie o charakterze patriotycznym i międzynarodowym





Rocznica bitwy - rzezi pod Lenino
Uroczystość kombatancka

przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie

  

Opracował: Ryszard Murat

     
 Bractwo

   Nasze Bractwo Liderów jest stowarzyszeniem o charakterze patriotycznym.


   W ramach zachowywania i podnoszenia świadomości patriotycznej czcimy pamięć o różnych wydarzeniach z historii polskiego narodu, między innymi z okresu II wojny światowej.


   Odzwierciedleniem tej patriotycznej postawy jest udział działaczy Bractwa w uroczystościach kombatanckich nie tylko w Polsce (w różnych miejscowościach), ale także w innych krajach, między innymi w Rosji (Moskwie), Niemczech (Berlinie), Francji (w Normandii) i w Anglii.

 Warszawa
 Kowalczyk

   Przykładem tej aktywności jest udział przedstawiciela naszego Bractwa ppłka Zygmunta Wacława Kowalczyka w uroczystości kombatanckiej: Rocznicy bitwy pod Lenino.

  

   Odbyła się 12 października 2015 roku przed Grobem Nieznanego Żołnierza w centrum Warszawy.

 

   Ppłk (obecnie płk) Zygmunt Wacław Kowalczyk herbu Pegaz ma lat 84, mieszka w Warszawie, jest członkiem Komandorii Warszawa Rembertów i aktywnym działaczem Bractwa. Wielokrotnie odznaczany za ofiarną działalność patriotyczną.

 Kowalczyk
 Grób

 

  

Na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie

walki polskich żołnierzy pod Lenino

upamiętnione zostały napisem o treści:
LENINO 12-13 X 1943

 


W podobny sposób na tym obiekcie upamiętniono walki polskich żołnierzy

w wielu innych miejscach.

Kowalczyk

Powitanie i gratulacje w trakcie wspomnianej uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza

w Warszawie 12 października 2015 roku: ppłk Zygmunt Wacław Kowalczyk herbu Pegaz

i Jego Ekscelencja Siergiej Andriejew - Ambasador Federacji Rosyjskiej w Polsce.

   

Opowieść płka Zygmunta Wacława Kowalczyka o autentycznym wydarzeniu,

które uświadamia, dlaczego Rosjanie zwyciężyli w wojnie z Niemcami

 

   Opowieść płka Zygmunta Wacława Kowalczyka odnosi się do mało ważnego wydarzenia z okresu wojny. Unaocznia ono jednak, bez rozbudowanych dywagacji teoretycznych i złożonych argumentów, dlaczego Rosjanie zwyciężyli w wojnie z Niemcami. 

 

   Z tego powodu została tu przytoczona, jako kwestia bezpośrednio łącząca się z przedstawianymi zagadnieniami.

 

   Płk Zygmunt Wacław Kowalczyk wspomina:

 

   W latach okupacji niemieckiej mieszkałem wraz z rodzicami na Pradze w Warszawie, w naszym niedużym domku położonym tuż koło Portu Praskiego. Domek ten w czasie działań wojennych w 1944 roku został zniszczony.
   Pomimo, a może właśnie dlatego, że byłem wtedy taki młody, bo miałem wówczas kilkanaście lat, byłem wykorzystywany przez polskie organizacje konspiracyjne do przenoszenia meldunków. Byłem za to torturowany przez Niemców, ale udało mi się ujść z życiem.
   Latem 1944 roku, w związku ze zbliżającym się od wschodu frontem, a także z powodu zniszczenia naszego domu na Pradze, zostałem wysłany do naszych krewnych na wieś w okolice Radzymina.
   Tam byłem świadkiem następującego wydarzenia, dzięki któremu zrozumiałem, dlaczego Rosjanie zwyciężają i w końcu pokonają Niemców.
   Był to bardzo upalny dzień. Z naszej wioski niemieccy żołnierze już się wycofali na zachód, ale jeszcze do niej nie wkroczyli żołnierze Armii Czerwonej.
   Słychać jednak było donośne odgłosy zażartej walki, która toczyła się w pobliżu. Grzmoty i błyskawice, jak w czasie intensywnej burzy. W pobliżu przecież doszło wtedy do zaciekłej bitwy pancernej między Rosjanami i Niemcami, a poszczególne miejscowości kilkakrotnie przechodziły z rąk do rąk.
   W naszej miejscowości było jeszcze spokojnie, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że niebawem wkroczą tu żołnierze Armii Czerwonej.
   Także ja byłem ciekawy i zastanawiałem się, jak oni wyglądają. Bo różne rzeczy o nich ludzie opowiadali, głównie niezbyt przychylne.
   Wraz z kilkoma kolegami w podobnym wieku, takimi samymi jak ja podrostkami, w ten upał zgromadziliśmy się przy studni i napiliśmy się wody z wyciągniętego wiadra.
   W tym momencie zobaczyliśmy, że zbliża się do nas żołnierz rosyjski. Był to Rosjanin, nie Polak, Ukrainiec, Kałmuk czy Żyd, tylko na pewno Rosjanin. Wyglądał dokładnie tak, jak na zasłyszanych wcześniej opowieściach.
   Jakże różnił się od butnych, doskonale umundurowanych i wyposażonych żołnierzy niemieckich !
   Był zmęczony, spocony i zakurzony. Zamiast munduru miał bluzę, naciąganą przez głowę. Niósł karabin na sznurku, dokładnie jak w tych opowieściach.
   Gdy zbliżył się do studni, my cofnęliśmy się kilka kroków i uważnie obserwujemy, co on będzie robił.
   A on odłożył karabin, napił się wody, po czym zwrócił się do nas z pytaniem:
   - Malcziki, a Giermańcy gdie ?
   - A tam - wskazaliśmy kierunek zachodni, w którym wycofali się niemieccy żołnierze.
   - A do Bierlina dalieko ? - pyta.
   - Oj, dalieko - odpowiedzieliśmy.
   Wtedy on usiadł przy tym wiadrze wody koło studni, więc i my ukucnęliśmy kilka metrów obok i dalej uważnie obserwujemy, co on będzie robił.
   A on na plecach miał taki worek - mieszok. Ten mieszok to nawet nie miał zamknięcia, tylko na dole był zawiązany sznurkiem.
   Rozwiązał ten sznurek i z mieszoka wypadła cała jego zawartość i zarazem wyżywienie tego żołnierza: kilka sucharów. On te suchary maczał w wodzie w wiadrze i jadł, także nas obserwując.

   Gdy zjadł te parę sucharów, podniósł się, wziął swój karabin oparty o studnię i powiedział do nas:
   - Nu malcziki, mienia nada na Bierlin !
   I poszedł sam jeden z tym karabinem na sznurku w stronę pozycji niemieckich.

   Widzieliśmy na własne oczy, że to była jego własna i osobista decyzja, bo nikt go przecież nie pilnował, a on mógł zostać przez jakiś czas w naszej wiosce, poczekać na innych żołnierzy rosyjskich, odpocząć i przynajmniej choć trochę się pożywić.
   Wtedy my, podrostki polskie, zrozumieliśmy, że ten rosyjski żołnierz na pewno wygra wojnę i na pewno do Berlina dojdzie.
   On nie martwił się o jedzenie ani o wsparcie ze strony innych żołnierzy. On myślał tylko o tym, jak bić Niemców i dojść do Berlina ! I w ogóle nie myślał o tym, że zginie !
   Zrozumieliśmy, że z żołnierzami, którzy tak myślą, Niemcy na pewno nie wygrają, pomimo ich doskonałego wyszkolenia, umundurowania i uzbrojenia. Zrozumieliśmy, że z takimi żołnierzami w ogóle nikt nie jest w stanie wygrać.   

 

Krótkie informacje o bitwie - rzezi pod Lenino

 
 Lenino

   Bitwa pod Lenino - to nazwa dwudniowych, zażartych starć polsko-niemieckich na Froncie Wschodnim w okresie II wojny światowej. Była to bitwa nad bagnistą rzeczką Miereją nieopodal miejscowości Lenino na wschodniej Białorusi w dniach 12-13 października 1943 roku. 
   Sformowana w ZSRR polska 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (z tego powodu jej żołnierzy często określa się mianem: kościuszkowców), którą dowodził gen. bryg. Zygmunt Berling, przypuściła tu szereg ataków na niemiecką 337. Dywizję Piechoty, którą dowodził gen. por. (Generalleutnant) Otto Schünemann. 
   Bitwę cechowała niezwykła zażartość starć i zaciekłe ataki oraz kontrataki obu stron. Polacy w znaczącym stopniu używali artylerii i czołgów, zaś Niemcy w zmasowany sposób artylerii (dywizyjny 337. pułk artylerii i pięć dywizjonów artylerii z XXXIX Korpusu Pancernego), a także lotnictwa szturmowego i bombowego. 
   Choć w trakcie bitwy oddziały polskie wdarły się na kilka kilometrów w głąb pozycji niemieckich, to jednak Niemcy zachowali przewagę i odzyskali pierwotne pozycje obronne.   

   W bitwie pod Lenino polscy żołnierze - pomimo świadomości, że wystawiono ich na rzeź - wykazali wielkie bohaterstwo, zaś kierujący nimi przełożeni o żydowskim pochodzeniu wykazali niebywały cynizm, nieudolność i tchórzostwo.

   

Przeciwnicy w bitwie pod Lenino

Strona niemiecka:

 

   W bitwie pod Lenino po stronie niemieckiej walczyła 337. Dywizja Piechoty (niem. 337. Infanterie-Division), którą dowodził gen. por. Otto Schünemann.

   Dywizja ta wchodziła w skład niemieckiego XXXIX Korpusu Pancernego, którym dowodził gen. artylerii Robert Martinek.
   Ten zaś Korpus wchodził w skład niemieckiej Grupy Armii "Środek", którą dowodził feldmarszałek Günther Hans von Kluge.

Strona polsko-radziecka:

 

   W bitwie pod Lenino po stronie polsko-radzieckiej walczyła 1. Dywizja Piechoty, którą dowodził gen. bryg. Zygmunt Berling.  
   Dywizja ta wchodziła w skład radzieckiej 33. Armii, którą dowodził gen. płk. Wasilij Nikołajewicz Gordow.  
   Ta zaś Armia wchodziła w skład radzieckiego Frontu Zachodniego, którym dowodził marszałek Wasilij Daniłowicz Sokołowskij.

Kluge

 

Dowódca niemieckiej Grupy Armii "Środek"

feldmarszałek Günther Hans von Kluge.

Z pochodzenia był Prusakiem

(potomkiem zniemczonych Słowian;

urodził się w Poznaniu).  

 

 

 

 

 

           Dowódca radzieckiego Frontu Zachodniego

marszałek Wasilij Daniłowicz Sokołowskij

(właściwie: Wasyl Danielowicz Sokołowski).

Z pochodzenia był Polakiem (urodził się

w wiosce Koźliki koło Hajnówki).

Sokołowskij

Martinek

Dowódca niemieckiego

XXXIX Korpusu Pancernego

gen. artylerii Robert Martinek.

Z pochodzenia był Czechem.

 

 

 

 

 

 


                                                             

                                 Dowódca radzieckiej 33. Armii

gen. płk. Wasilij Nikołajewicz Gordow.

Z pochodzenia był Rosjaninem.

Gordow
Schunemann

Dowódca niemieckiej 337. Dywizji

Piechoty (niem. 337. Infanterie-Division) 

gen. por. (Generalleutnant)

Otto Schünemann.

Pochodził ze zniemczonej

rodziny słowiańskiej z Meklemburgii

(z dawnego plemienia Wieletów).

 

 


                                         

 

 

                    Dowódca polskiej 1. Dywizji Piechoty

gen. bryg. Zygmunt Berling.

  Z pochodzenia był żydem.

Berling

   

Porównanie sił obu stron:

   

   W bitwie pod Lenino pod względem liczby żołnierzy strona polsko-radziecka posiadała więcej niż dwukrotną przewagę nad stroną niemiecką.


   Podobną przewagę strona polsko-radziecka miała w zakresie uzbrojenia: liczby czołgów, armat, moździerzy, karabinów maszynowych itp. (z wyjątkiem lotnictwa - w tym zakresie miażdżącą przewagę posiadali Niemcy).


   Odwrotna sytuacja panowała natomiast pod względem kwalifikacji dowódców i oficerów, a także poziomu wyszkolenia i morale żołnierzy.

 Niemcy  Polacy

 W bitwie pod Lenino po stronie niemieckiej stali profesjonalnie przygotowani oficerowie oraz doskonale wyszkoleni i doświadczeni, zaprawieni w walkach żołnierze.
Na fotografii żołnierze niemieccy na Froncie Wschodnim,

w typowym umundurowaniu i z karabinami maszynowymi

MG 34, które "wypluwały" aż do 1 500 kul na minutę!

Po stronie polskiej do bitwy pod Lenino stanęli zupełnie niekompetentni i nieudolni oficerowie (w zdecydowanej większości żydowskiego pochodzenia), a podlegający

im żołnierze polscy byli słabo wyszkoleni, nieostrzelani

i mający świadomość, że umyślnie wystawiono ich na rzeź. Na fotografii ich przysięga w obozie w Sielcach.

   Nic więc dziwnego, że bitwa pod Lenino w świetle faktów była totalną klęską i kompromitacją strony polsko-radzieckiej (spowodowaną umyślnie przez przywódców żydowskiego pochodzenia).

 

Strona niemiecka:

 
   Przed bitwą niemiecka 337. Dywizja Piechoty posiadała niepełny stan etatowy - dokładnie 8 760 żołnierzy (w tej liczbie ponad tysiąc przybyło do dywizji kilka dni wcześniej w ramach uzupełnienia).


   Dywizja wyposażona była w 137 armat, 76 moździerzy, 595 karabinów maszynowych i 18 miotaczy ognia.


   W trakcie bitwy wsparta została jednostkami czołgów oraz liczną artylerią: pięcioma dywizjonami artylerii z XXXIX Korpusu Pancernego, a także lotnictwem szturmowym i bombowym.  

 Niemcy

 

 

 

 

 

Doskonale uzbrojeni, wyposażeni i pewni siebie niemieccy żołnierze

 na Froncie Wschodnim.

 

Nie bez powodu stosunek strat na tym Froncie wynosił 1:7 (niektóre szacunki podają stosunek nawet 1:10),

to znaczy na jednego

zabitego żołnierza

niemieckiego przypadało aż

7-10 żołnierzy radzieckich.

Strona polsko-radziecka:


  W bitwie pod Lenino po stronie polsko-radzieckiej udział wzięły trzy dywizje: przede wszystkim polska 1. Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. bryg. Zygmunta Berlinga (żydowskiego pochodzenia) oraz wspomagające ją - ale pozorowanymi atakami - dwie dywizje Armii Czerwonej:

  1. od północy 42. Dywizja Strzelców (liczyła 4 646 żołnierzy), którą dowodził gen. mjr Nikołaj Multan (żydowskiego pochodzenia);
  2. od południa 290. Dywizja Strzelców (liczyła 4 345 żołnierzy), którą dowodził gen. mjr Izaak Gasparin (także żydowskiego pochodzenia).

   Obie te dywizje były jednak niewiele warte - wyniszczone przez swych dowódców (posiadających podobnie niskie kwalifikacje, jak Berling) we wcześniejszych walkach, w których wytracili większość swych żołnierzy pochodzących z rosyjskiego i innych narodów Związku Radzieckiego.


   Ponadto przed bitwą pod Lenino 1. Dywizja Piechoty wzmocniona została innymi jednostkami polskimi: 1. pułkiem czołgów średnich, 1. kompanią rusznic przeciwpancernych, 1. kompanią fizylierek z 1. batalionu kobiecego oraz kompanią karną.


   Łącznie 11 października 1943 roku, przed rozpoczęciem bitwy pod Lenino, 1. Dywizja Piechoty (wraz z 1 pułkiem czołgów) liczyła 12 683 żołnierzy, w tym 994 oficerów (niemal wszyscy pochodzenia żydowskiego), 2 560 podoficerów (w większości pochodzenia żydowskiego) i 9 129 szeregowców (niemal wszyscy pochodzenia polskiego).


   Na wyposażeniu 1. Dywizja Piechoty miała: 41 czołgów, 391 armat, 335 rusznic przeciwpancernych, 673 karabiny maszynowe i 1 724 pistolety maszynowe.


   Ponadto polskiej 1. Dywizji Piechoty dowództwo radzieckiej 33. Armii przydzieliło jeszcze kilka jednostek radzieckich - ze składu Armii Czerwonej: dwa pułki artylerii lekkiej (308. i 464. pal) oraz pododdziały moździerzy ze składu 144. i 164. dywizji, 538. pułk moździerzy 120 mm, 67. brygadę haubic i 298. batalion saperów.


   Dowodzący w bitwie pod Lenino gen. Berling - z powodu swej głupoty, nieudolności i braku kwalifikacji dowódczych - nie był jednak w stanie efektywnie wykorzystać tych sił, oddanych mu do dyspozycji.

 

Cele stron w bitwie:
    

   Strona niemiecka w bitwie pod Lenino miała cel prosty i jasny: nie dopuścić do przerwania swych pozycji.


   Dowództwo niemieckiej Grupy Armii "Środek" - wykonując dyrektywy przywódcy Niemiec Adolfa Hitlera - zainteresowane było utrzymaniem zajmowanego frontu.


   Cel ten Niemcom udało się zrealizować nie tylko w bitwie pod Lenino, ale na całym najbliższym odcinku frontu jeszcze przez 9 miesięcy, aż do czasu rozpoczęcia przez Armię Czerwoną na obszarze Białorusi wielkiej Operacji "Bagration" dopiero w czerwcu 1944 roku.

 

   Cele strony polsko-radzieckiej w bitwie pod Lenino były z kolei bardzo złożone i można powiedzieć: przewrotne (a także zbrodnicze wobec żołnierzy polskich).

  

   W związku z tym kwestia ta zostanie tu nieco szerzej przedstawiona.

 

Przyczyny i okoliczności bitwy pod Lenino


   W marcu 1943 roku w Moskwie zorganizowany został tak zwany Związek Patriotów Polskich, na podstawie decyzji przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, wyrażającego zgodę na pisemną prośbę dwojga "polskich" działaczy komunistycznych żydowskiego pochodzenia: Wandy Wasilewskiej i Alfreda Lampe. 

  

 Wasilewska  Wasilewski  Lampe

Wanda Wasilewska (1905-1964)
Aktywna działaczka komunistyczna o pochodzeniu żydowskim (córka Leona Wasilewskiego - na fotografii obok). Główna sprawczyni - obok Berlinga -

rzezi polskich żołnierzy pod Lenino

i wielu innych nieszczęść narodu polskiego. Pułkownik (politruk) Głównego Zarządu Politycznego Armii Czerwonej. W międzywojennej Polsce stała ponad prawem ze względu na koneksje ojca.

Leon Wasilewski (1870-1936)
Aktywny działacz PPS (Polskiej Partii Socjalistycznej) o żydowskim pochodzeniu. Pochodził z żydów żmudzkich (poprzednie nazwisko: Woyszwiłło). Współpracownik Piłsudskiego, w latach 1918-19 pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych Polski (tak samo jak w ostatnich kilkudziesięciu latach inne osoby

o podobnym żydowskim pochodzeniu).

Alfred Lampe (1900-1943)
Aktywny działacz komunistyczny
(a wcześniej żydowskiej partii Poalej Syjon) o pochodzeniu żydowskim. Współorganizator

i ideolog 1. Dywizji Piechoty.
Uczestnik typowych dla działaczy komunistycznych i żydowskich intryg i machinacji. Zmarł wskutek tych intryg na zawał serca

10 grudnia 1943 roku w Moskwie.

 ZPP

   Związek Patriotów Polskich, choć miał w nazwie słowo "Polskich", skupiał wyłącznie komunistycznych działaczy pochodzenia żydowskiego, a już na pewno nie "patriotów", lecz kosmopolitów i internacjonalistów, jak ich określano w rozgrywkach różnych komunistycznych frakcji

 

 

Zjazd Związku Patriotów Polskich w Moskwie.
Wśród głównych działaczy siedzących

w pierwszym rzędzie widać między innymi Wandę Wasilewską i Zygmunta Berlinga.
Niemal wszyscy uczestnicy tego zjazdu,

jak też członkowie Związku Patriotów

Polskich byli żydowskiego pochodzenia. Wyraźnie świadczą o tym nawet

typowe dla nich semickie rysy. 

   Już z założenia Związek ten miał być organizacją kierowaną tylko przez działaczy pochodzenia żydowskiego, służącą do wykorzystywania do ich celów Polaków znajdujących się na terenie Związku Radzieckiego.

  

   W zakresie dalekosiężnym - w przyszłości Związek Patriotów Polskich miał służyć żydom do przechwycenia władzy w Polsce i nad wszystkimi Polakami (tak jak wcześniej udało im się to - wskutek tak zwanej Rewolucji Lutowej i Październikowej w 1917 roku - w Rosji: do ujarzmienia i od tej pory wykorzystywania do swych zbrodniczych celów narodów zamieszkujących ten kraj, zwłaszcza narodu rosyjskiego).


   Jak dowodzi historia, ten niecny zamiar - przechwycenia władzy w Polsce działaczom żydowskim udał się w pełni, a władzę zdobytą w Polsce w 1944 roku utrzymują do dziś - wykorzystując Polaków niczym bydło (gojów - w żargonie żydowskim słowo to oznacza dosłownie "bydło').


   W taki sam sposób, dosłownie jak bydło, ci żydowscy działacze wykorzystali Polaków już w bitwie pod Lenino, rzucając ich niczym bydło na rzeź z rąk niemieckich.

 

   Jako swoje ramię zbrojne żydowscy działacze Związku Patriotów Polskich powołali 1. Dywizję Piechoty. Zaczęto ją formować w maju 1943 roku w miejscowości Sielce nad rzeką Oką.


   Na jej czele Stalin postawił sprawdzonego działacza żydowskiego Zygmunta Berlinga, którego mianował na stopień "polskiego" generała brygady.

 

   Warto podać, jakie były reakcje przedstawicieli polskich władz na powołanie przez żydów 1. Dywizji Piechoty:


   W czerwcu 1943 roku Wódz Naczelny i premier Rzeczypospolitej Polskiej gen. Władysław Sikorski uznał wojsko Berlinga za polską dywizję komunistyczną, o charakterze dywersyjnym, a jej twórcę Berlinga za zdrajcę, który zdezerterował z Wojska Polskiego (zobacz dalej).


   Z kolei 7 lipca 1943 roku attaché wojskowy Rzeczypospolitej Polskiej w Stanach Zjednoczonych płk Włodzimierz Onacewicz wydał oświadczenie, w którym napisał, że dywizja ta nie należy do Wojska Polskiego i jest Dywizją Armii Czerwonej pod rozkazami władz sowieckich.

 

   Od maja 1943 roku do obozu organizacyjno-szkoleniowego 1. Dywizji Piechoty pod Sielcami zaczęli tłumnie zjeżdżać z całego obszaru Związku Radzieckiego Polacy, specjalnie w tym celu przez żydowskie władze Związku Radzieckiego "amnestionowani".

  

   To "amnestionowanie" stanowiło kolejną talmudyczną przewrotność, ponieważ amnestia może dotyczyć tylko przestępców, a oni nie popełnili przecież żadnego czynu przestępczego ani też nie zostali skazani przez jakikolwiek sąd. 

 Lenino

      Dla Polaków tych wstąpienie do formowanej 1. Dywizji Piechoty było jedyną okazją do wyrwania się z tragicznej sytuacji, w jakiej znajdowali się w Związku Radzieckim.

  

   Przybywali w łachmanach, wycieńczeni i schorowani, a także z dobrą znajomością realiów Związku Radzieckiego ("kraju szczęśliwości", tyle że żydowskiej) i jego żydowskiej komunistycznej klasy przewodniej.   

 

 

Wymizerowani i schorowani polscy żołnierze, którzy wstąpili do

1. Dywizji Piechoty.

Tylko kilku z nich, o żydowskim pochodzeniu i semickich rysach

(jeden w pierwszym i trzech w drugim rzędzie), wyraźnie odróżnia się lepszymi mundurami, butami z cholewami

i oczywiście naramiennikami

z wyższymi stopniami.

   Dobrze orientując się w tych krytycznych wobec nich poglądach Polaków i obawiając się ich reakcji żydowscy przywódcy ze Związku Patriotów Polskich niemal wszystkie funkcje dowódcze i oficerskie w 1. Dywizji Piechoty obstawili osobami o pochodzeniu żydowskim.


   Na podstawie dokumentów i relacji polskich żołnierzy przyjmuje się, że w 1. Dywizji Piechoty żydzi stanowili ponad 90 % kadry oficerskiej, blisko połowę kadry podoficerskiej, a ponadto obsadzili prawie 100 % funkcji pomocniczych i tyłowych (lekarzy, pisarzy, zaopatrzeniowców, kucharzy, a także organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości), w których byli mniej narażeni na niebezpieczeństwa.

 Lenino

   

 

      

Przysięga 1. Dywizji Piechoty

w Sielcach nad Oką.


Na pierwszym planie oficerowie

i podoficerowie o żydowskim pochodzeniu, co można

poznać choćby po typowo semickich rysach. 

 

Od Polaków odróżniali się również skórzanymi butami

z cholewami, podczas gdy rdzenni Polacy musieli nosić

tak zwane "owijki".

   Osoby o pochodzeniu żydowskim w 100 % objęły też funkcje politruków (tak zwanych oficerów politycznych - ich odpowiednikami w Armii Czerwonej byli komisarze).

 

    Oto niektórzy, bardziej znani, z tych żydowskich politruków w 1. Dywizji Piechoty:

  • Wiktor Grosz (prawdziwie: Izaak Medres; 1907-1956; później gen. bryg.)
  • Hilary Minc (zobacz dalej)
  • Edward Ochab (po matce: Muller; 1906-1989; później gen. bryg. i wicepremier)
  • Jakub Prawin (1901-1957; później gen. bryg.)
  • Józef Sigalin (1909-1983)
  • Józef Światło (prawdziwie: Izaak Fleischfarb; 1915-1994; później ppłk)
  • Roman Zambrowski (prawdziwie: Rubin Nusbaum; 1909-1977; później płk i główny działacz żydowski w Polsce).    

   Osobnicy ci zasłynęli jako wyjątkowi zbrodniarze na narodzie polskim, przy czym najbardziej znane przestępstwa popełnili w Polsce już po wojnie, narzucając siłą polskiemu społeczeństwu wymyślony przez żydów komunizm, okradając i doprowadzając naród polski do ubóstwa, torturując i mordując polskich patriotów.   

  

 NKWD

    Funkcje oficerów politycznych były niezwykle ważne, ponieważ oficerowie ci mieli decydujący wpływ na dowódców jednostek, byli w stałym kontakcie (stale donosząc na dowódców i kolegów) ze zbrodniczą sowiecko-żydowską formacją NKWD (również opanowaną przez żydów) i tym samym decydowali o życiu i śmierci nie tylko zwykłych żołnierzy, ale nawet oficerów. 

   

Na fotografii funkcjonariusze NKWD, niemal zawsze żydowskiego pochodzenia, strzelali

z charakterystycznych rewolwerów Nagant

do mieszkańców Związku Radzieckiego

oraz do żołnierzy i oficerów własnej Armii Czerwonej, na których padł cień podejrzenia

o zdradę, antykomunizm lub antysemityzm.

 Lenino

 

   

Typowe sceny w 1. Dywizji Piechoty.

Politruk (oficer polityczno-wychowawczy)

pochodzenia żydowskiego, zwykle słabo znający

język polski, a dobrze w zasadzie tylko żydowski żargon jidysz, prowadzi szkolenie "polityczne"

dla polskich żołnierzy.

  

Miny widocznych polskich żołnierzy,

pomimo że fotografia wykonana została do

celów propagandowych, aż nadto zdradzają,

co naprawdę myślą o tym politruku,

jego kompetencjach i treści pogadanki.

 

  Warto zwrócić uwagę, że fotografia ta wykonana została w celach propagandowych i dlatego nawet żołnierza, który widnieje na pierwszym planie (drugi siedzący od prawej) dobrano według ścisłych zasad odnoszących się do żydowskiego pochodzenia,

na które wskazują jego typowo semickie rysy.

   Bitwa pod Lenino została świadomie i perfidnie zaplanowana przez żydowskich przywódców (głównie przez Wandę Wasilewską i Zygmunta Berlinga) jako rzeź Polaków, która miała przynieść tym przywódcom zamierzone zbrodnicze rezultaty.


   Z jednej strony w bitwie miała wyginąć - według z góry przyjętego przez nich założenia - większa część żołnierzy polskich, a to nie tylko dlatego, że byli Polakami, lecz ponadto dlatego, że byli świadomi tragicznej sytuacji, w jakiej się znaleźli i z rezerwą oraz nieufnością odnosili się do żydowskich działaczy.

 Lenino

   Ponadto bitwa ta - rzeź polskich żołnierzy miała dać żydowskim działaczom argument propagandowy, że Polacy u boku Stalina i pod żydowskim kierownictwem chętnie biją się z Niemcami.


   Tego właśnie - rzezi polskich żołnierzy - chcieli żydowscy działacze i dokładnie to osiągnęli.


   Z tego punktu widzenia bitwa pod Lenino była zbrodnią wojenną żydowskich działaczy, której ofiarą padli polscy żołnierze.


   Tezę tę - w świetle niezbitych faktów - łatwo obronić nie tylko w dyskusji historycznej, ale nawet stosując argumentację prawniczą przed sądem.

 

 

  

Oficerowie i podoficerowie o żydowskim pochodzeniu (łatwo ich poznać na fotografiach po skórzanych butach z cholewami, podczas gdy Polakom -

jako gorszym i w ramach upodlenia ich -

pozostawiono tak zwane "owijki"), którzy

poprowadzili polskich żołnierzy na rzeź pod Lenino.

Propagandowa fotografia wykonana przed bitwą. 

 

   Już w dniu 1 września 1943 roku Wasilewska i Berling napisali do Stalina list z prośbą, aby zezwolił na użycie 1. Dywizji Piechoty do walk na froncie, choć wiedzieli, że żołnierze dywizji nie są przygotowani do walk, nie są odpowiednio przeszkoleni, a większość z nich jest nadal niezdolna do walki z powodu wcześniejszego niedożywienia, chorób i katorżniczej pracy.

 Stalin

   Stalin doskonale zdawał sobie sprawę z tych planów żydowskich działaczy, którzy udawali "Polaków", a nawet "patriotów polskich". Ich plany były jednak zgodne z jego zamierzeniami i dlatego dał pełne pole do popisu żydowskim aktywistom.

 

   Znawcy tematu od dawna wskazują, że te zbrodnicze wobec Polaków zamierzenia Stalin i Wasilewska uknuli w łóżku. Nie było bowiem żadną tajemnicą, iż Wasilewska jest kochanką (zobacz dalej kadr z filmu "Do krwi ostatniej...") przywódcy Związku Radzieckiego w podobny sposób, jak żydówka Esterka była kochanką polskiego króla Kazimierza Wielkiego.

 

   Coraz większa liczba ujawnianych faktów i dokumentów świadczy, że Stalin również miał żydowskie korzenie i był gorliwym wykonawcą dyrektyw żydowskiego kierownictwa światowego (rezydującego w Nowym Jorku, a skupionego wokół żydowskiego klanu Rotshildów), które go finansowało i w dużym stopniu wpływało na utrzymywanie się przez niego u władzy.

 

   Nie bez powodu zresztą Stalin otaczał się głównie współpracownikami o żydowskim pochodzeniu, swą władzę opierał na działalności NKWD (zbrodniczej organizacji policyjnej, opanowanej przez osoby o tym właśnie pochodzeniu), oszczędzał osoby o korzeniach żydowskich w kolejnych "czystkach", a cała jego zbrodnicza działalność służyła przede wszystkim celom żydowskim.

   W związku z tymi planami żydowskich działaczy 1. Dywizja Piechoty miała dokonać samodzielnego i tym samym - co było oczywiste w warunkach walk frontowych - samobójczego natarcia

 Lenino

     

  

Fotografia wykonana

w celach propagandowych

przez politruków o korzeniach żydowskich.

 

Ma przedstawiać polskich żołnierzy jako

bardzo zadowolonych i cieszących się z tego, że są wiezieni pociągiem na rzeź pod Lenino.

   

Warto zwrócić uwagę, że na fotografii widać kilku żydów, wyraźnie odróżniających się

od Polaków butami z cholewami, lepszymi mundurami i oczywiście funkcjami podoficerów, które poznać można

po naramiennikach.

   Gdyby bowiem 1. Dywizja Piechoty walczyła w składzie wielkiej grupy armii, które w tym czasie dokonywały przełamania frontu na obszarze Ukrainy nad środkowym i dolnym Dnieprem, to jej udział jako pojedynczej dywizji przyniósłby efekty propagandowe zbyt małe w stosunku do oczekiwań żydowskich przywódców.


   W związku z tym - na wniosek żydowskich działaczy - 1. Dywizja Piechoty nie została użyta do walk na obszarze Ukrainy, gdzie Armia Czerwona dokonywała w tym okresie przełamania frontu na wielu odcinkach, lecz na linii Frontu Zachodniego, na obszarze obecnej Białorusi, gdzie w tym czasie Armia Czerwona w ogóle nie prowadziła ani nawet nie planowała walk zaczepnych.


   Z tego właśnie powodu 1. Dywizja Piechoty włączona została w skład radzieckiej 33. Armii. Na obszarze działania tej 33. Armii dowództwo Frontu Zachodniego (marszałek Wasilij Sokołowskij) nie planowało natarcia, a jedynym zadaniem tej armii miało być wiązanie sił niemieckich poprzez pozorowane ataki.


   Doskonale wiedział o tym nie tylko dowódca 33. Armii - gen. Wasilij Gordow, ale także dowódcy sąsiednich dywizji radzieckich: gen. Nikołaj Multan - dowódca 42. Dywizji Strzelców i gen. Izaak Gasparin - dowódca 290. Dywizji Strzelców.
 

   Obaj ci generałowie (żydowskiego pochodzenia) przed bitwą i w jej trakcie kontaktowali się ze swym żydowskim rodakiem Berlingiem i informowali go o tych planach pozorowanych ataków.

  

   Wynika z tego, że dobrze wiedział o tym także Berling, ale jako zdeklarowany kłamca do końca życia utrzymywał, że jego celem pod Lenino było na czele 1. Dywizji Piechoty nie tylko przekroczyć rzeczkę Miereję i przełamać niemiecki front, ale nawet przeprawić się przez wielką rzekę Dniepr ! Równie dobrze mógł twierdzić, że jego celem było z 1. Dywizją Piechoty dojść do Wisły, a nawet zdobyć Berlin, a może Wiedeń i Paryż.

 

   Nic więc dziwnego, że - wbrew faktom - Berling za niebywałą kompromitację i jatkę pod Lenino obciążał później odpowiedzialnością kogo się tylko dało: a to dowódcę 33. Armii gen. Gordowa, a to dowódców sąsiednich dywizji radzieckich (także żydowskiego pochodzenia), a to podległych sobie dowódców pułków, a to poszczególnych oficerów i wreszcie samych żołnierzy polskich.

 Berling

   Zresztą Berling znany był z tego, że od początku do końca swej kariery zawsze swymi niepowodzeniami obciążał inne osoby, wbrew faktom, logice i zwykłej przyzwoitości, kłamiąc i matacząc.

 

Na fotografii: Zygmunt Berling - wyjątkowo oślizła postać w polskiej historii XX wieku,

o pochodzeniu żydowskim, które zatajał. Słynny z kłamania niemal w każdej dziedzinie

(nawet dat i miejsca swego urodzenia), defraudacji (został za to usunięty z funkcji

dowódcy pułku i w końcu z polskiego wojska w 1939 roku) i niekompetencji dowódczych. Przede wszystkim odpowiedzialny jest za śmierć tysięcy polskich żołnierzy, których

wysyłał do ataków na Niemców w sytuacjach beznadziejnych: nie rokujących

powodzenia, bez należytego przygotowania, wyposażenia i amunicji. Kłamliwie

kreował się na najwybitniejszego "polskiego" dowódcę w całej II wojnie światowej. 

 

   Objaśnienie:

   Zygmunt Berling to postać wyjątkowo niegodna w polskiej historii. Będąc osobą o żydowskim pochodzeniu zachowywał się zgodnie z typowym etosem takich osób. 

   Kłamał nawet w odniesieniu do prawdziwej daty swych urodzin, ponieważ w ankietach (np. do Roczników Oficerskich w 1928, 1932 i innych) podawał różne daty.
   W młodości w ankietach szkolnych jako swą przynależność wyznaniową podawał judaizm. "Historycy" o korzeniach żydowskich twierdzą, że miał rzekomo niemieckie lub szwedzkie korzenie i podnoszą jego przynależność do wyznania kalwińskiego, co w świetle choćby przywołanych faktów jest oczywistym kłamstwem. Ani w Niemczech ani w Szwecji nie było i nie ma zresztą nazwiska Berling.

   Jego typowo żydowskie nazwisko Berling według reguł żydowskiego żargonu jidysz oznacza "żyda (dosłownie: gudłaja) z Berlina" (po polsku byłoby to: Berliński, a po niemiecku Berliner). Według tych reguł tworzenia nazwisk przez żydów w Polsce np. Poznański oznacza dosłownie "żyda z Poznania", Ciechanowski - "żyda z Ciechanowa", a Warszawski - "żyda z Warszawy" (w żargonie jidysz odpowiednio: Posner, Ciechanower, Warschaer).

 Berling

  

 

 

 

 

 

  

Berling

(jako "polski generał"

- z nadania władz Związku Radzieckiego) z żołnierzami

1. Dywizji Piechoty.

   

Ich miny zdradzają,

co faktycznie myślą

o tym "dowódcy".

  Przed wojną Berling służył w Wojsku Polskim i pełnił nawet funkcję dowódcy pułku - dzięki protekcji żydowskich działaczy. Żydowskiego pochodzenia był między innymi mający wówczas ogromną władzę i realizujący żydowskie interesy minister spraw zagranicznych Polski Józef Beck (pochodził z żydów niemieckich, którzy osiedlili się w Rumunii).

  

   W marcu 1939 roku Berling został usunięty z tej funkcji za - jak to taktownie określił w raporcie jego ówczesny zwierzchnik płk Stefan Rowecki (późniejszy komendant główny Armii Krajowej) - "daleko posunięte zaniedbania służbowe". Pod tymi kulturalnymi sformułowaniami rozumieć należy defraudacje finansowe, czyli po prostu typowe dla osób o  pochodzeniu żydowskim malwersacje i kombinacje finansowe na koszt polskich żołnierzy. Następnie w lipcu 1939 roku został nawet usunięty z wojska po wyroku oficerskiego sądu honorowego, który uznał jego postępowanie za wyłudzenie - kradzież majątku własnej żony i zachowanie niegodne honoru polskiego oficera.

 

   Życie erotyczne Berlinga było typowe dla osób o jego pochodzeniu. Pierwszą żonę (Kazimiera Chodnikiewiczówna) w sposób wyjątkowo perfidny pozbawił w 1934 roku majątku (ukradł jej rodzinny i osobisty majątek), za co został ukarany przez wspomniany oficerski sąd honorowy. Drugą żonę (Jolanda Magyarosi, żydowskiego pochodzenia) poślubił w 1934 roku, a następnie - bez rozwodu z tą - w Związku Radzieckim poślubił trzecią żonę (Marię Mika, także żydowskiego pochodzenia, sekretarkę Wydziału Wojskowego Związku Patriotów Polskich).

 

   Od 1939 roku Berling znajdował się w Związku Radzieckim i tu nawiązał współpracę ze swymi pobratymcami żydowskiego pochodzenia, którzy byli zagorzałymi działaczami komunistycznymi. W 1943 roku został nawet jednym z kilku najważniejszych działaczy tak zwanego Związku Patriotów Polskich, komunistycznej organizacji, do której należeli tylko żydzi.


   Wykonując polecenia żydowskich działaczy komunistycznych odegrał niegodną rolę podczas formowania i ewakuacji ze Związku Radzieckiego tak zwanej Armii Andersa (między innymi zdezerterował, za co polski sąd wojskowy skazał go zaocznie na karę śmierci! ), a potem podczas tworzenia jednostek wojska polskiego (1. Dywizji Piechoty, 1. Korpusu i 1. Armii WP) już pod oficjalnym kierownictwem działaczy żydowskich.


   Można toczyć spory, czy do rzezi polskich żołnierzy pod Lenino (a także w innych starciach, np. pod Puławami czy Warszawą) Berling doprowadził wskutek nieudolności czy też umyślnie - wykonując dyrektywy żydowskich działaczy ze Związku Patriotów Polskich. Więcej zdroworozsądkowych argumentów przemawia za drugim rozwiązaniem.

 

   Berling jako osoba pochodzenia żydowskiego nie nadawał się do walki i do dowodzenia żołnierzamiNie sprawdził się w jakiejkolwiek sytuacji: pod Lenino wykrwawił 1. Dywizję Piechoty, pod Puławami w sierpniu 1944 roku - 2. Dywizję Piechoty, a we wrześniu 1944 roku pod Warszawą - 3. Dywizję Piechoty.  


   Co znamienne, jak zawsze w przypadku osób o żydowskim pochodzeniu, nigdy nie poniósł konsekwencji za swe działania, choć wiadomo było, że Stalin za byle co nakazywał rozstrzeliwać swych generałów. 

 Berling

Berling z żołnierzami 1. Dywizji Piechoty.

   

W pełni widać typowe kontrasty: dobrze wypasiony żydziak

i wymizerowani żołnierze polscy.

Nie bez powodu też - chodziło mu

o wywarcie większego wrażenia na polskich żołnierzach - którzy dobrze rozumieli, co taki strój oznacza, żydziak ubrał się w skórzany płaszcz typowy dla żydowskich komisarzy

i oficerów NKWD. Dla Rosjan, Polaków

i innych narodów zamieszkujących "kraj żydowskiej szczęśliwości", jakim był Związek Radziecki, widok osób w takim płaszczu wywoływał ciarki, ponieważ kojarzył się z aresztowaniem albo nawet rozstrzelaniem.

   Bitwa pod Lenino, jej przygotowanie (a raczej świadomy brak przygotowania) i przebieg w pełni ujawniły zbrodnicze wobec polskich żołnierzy cele dowództwa i oficerów dywizji o żydowskim pochodzeniu, ukierunkowane na ich umyślne wytracenie.


   Przed bitwą polscy żołnierze otrzymali zaledwie po 20 naboi na karabin, po dwa granaty zaczepne i jeden granat obronny, ale na pięciu żołnierzy. Nie trzeba być fachowcem z zakresu wojskowości, aby rozumieć, że takie wyposażenie nie wystarczy nawet na godzinę zaciętej walki, zwłaszcza w ataku.

 

   Nic więc dziwnego, że żołnierzom polskim już w pierwszych chwilach bitwy zabrakło amunicji, której - umyślnie i z powodu niekompetencji oficerów, zwykle żydowskiego pochodzenia - nie dostarczano na czas lub w ogóle, podobnie zresztą jak pożywienia. Zresztą dokładnie tak samo było pod Puławami i pod Warszawą w 1944 roku, gdzie również dowodził ten sam "geniusz" żydowski Berling - z tym samym zamiarem i skutkiem: wytracenia jak największej liczby polskich żołnierzy.

 Lenino    

   W obliczu braku amunicji zrozpaczeni polscy żołnierze ginęli pod Lenino w bezsensowny sposób, zdesperowani oddawali się do niewoli lub wycofywali się z już zdobytych niemieckich okopów.

 

 

 

 

 

Żołnierze 1. Dywizji Piechoty

szturmują niemieckie okopy

pod Lenino.


Kadr z filmu fabularnego

"Do krwi ostatniej..."

(zobacz dalej).

 

 

 Lenino

Nawet ta fotografia ukazuje,

że w bitwie pod Lenino polscy żołnierze wykazali zadziwiające bohaterstwo, pomimo braku

amunicji idąc do ataku

i niemal na pewną śmierć prawie wyprostowani, z typową dla Polaków godnością i honorem. 

  

W czasie II wojny światowej dorównywali im - pod względem bohaterstwa i pogardy dla śmierci - tylko żołnierze rosyjscy, pochodzący

z tej samej słowiańskiej krwi,

i w podobny sposób kierowani

na rzezie przez żydowskich

 przywódców i oficerów.

Po widocznych "owijkach" rozpoznać można, że nie są to żydzi, tylko Polacy. W czasie II wojny światowej

nie było nigdy podobnego widoku

w wykonaniu żydów - ataku

na niemieckie pozycje.

   Niemcy w rejonie bitwy pod Lenino posiadali rozbudowaną obronę (okopy i schrony) i duży potencjał ogniowy, ale przede wszystkim przewagę w postaci doskonale wyszkolonych i doświadczonych żołnierzy, dowodzonych przez kompetentnych oficerów.

 Niemcy

Typowe oddziały

niemieckiej armii w trakcie parady.
 

Widać nie tylko charakterystyczną niemiecką butę, ale - co nas tu szczególnie interesuje - doskonałe wyszkolenie i doświadczenie

żołnierzy, podoficerów i oficerów.

Razem powodowało to, że niemiecka armia była niezwykle groźna

dla każdego przeciwnika.

 

Przeciwko tak groźnym oddziałom niemieckim w bitwie pod Lenino

stanęły oddziały niewyszkolonych, niedoświadczonych i wymizerowanych polskich żołnierzy, dodatkowo "dowodzone" przez niekompetentnych

i tchórzliwych oficerów

o żydowskim pochodzeniu.

   Typowe dla Armii Czerwonej przygotowanie artyleryjskie ataku w bitwie pod Lenino nie przyniosło żadnego skutku. Znając w szczegółach termin i miejsce ataku, a nawet rodzaj atakujących oddziałów, niemieccy żołnierze tuż przed tą nawałą ogniową opuścili pierwszą linię swych okopów i ukryli się w bezpiecznych schronach.


   W ten sposób niemieckie siły zachowały pełną zdolność bojową i natychmiast po zakończeniu artyleryjskiej nawały powróciły do swych okopów i zgotowały atakującym oddziałom polskim krwawą łaźnię.

 MG34  Niemcy

Niemieckie oddziały na szeroką skalę używały słynnych i niezawodnych karabinów maszynowych MG 34, najlepszych w II wojnie światowej. Były lekkie, proste

w obsłudze i dostarczaniu amunicji, o dalekiej donośności (dobra celność

do 1 km), a przede wszystkim szybkostrzelne: wyszkolona obsługa mogła wystrzelić aż do 1 500 kul na minutę (z polskiego Browning 29 i radzieckiego Diegtiariowa DP i ich alianckich odpowiedników - do 600 kul).

Dobrze wyszkoleni niemieccy żołnierze (szeregowcy

i podoficerowie - nie oficerowie) skutecznie razili nieprzyjacielskie oddziały strzelając precyzyjnie

z moździerzy (Granatwerfer 34).


   Wskutek takiego rozwoju sytuacji w trakcie przygotowania artyleryjskiego pod Lenino strona polsko-radziecka straciła tylko wielką ilość amunicji, strzelając do pustych okopów niemieckich.

  

   Zdawał sobie sprawę z tego dowódca radzieckiej 33. Armii gen. Gordow (boleśnie nauczony wcześniejszymi doświadczeniami tego typu) i dlatego nakazał skrócić okres tego bezsensownego przygotowania artyleryjskiego, aby nie zmarnować całej posiadanej amunicji i nie narazić w ten sposób swych sił na poważne niebezpieczeństwo w przypadku zdecydowanego kontrataku Niemców.


   Nie posiadający żadnego doświadczenia bojowego gen. Berling zupełnie nie rozumiał jednak jego postępowania i później nawet zarzucał mu "zdradę" z tego powodu.

 

 Żukow

   Tego typu sytuacja często występowała na froncie niemiecko-radzieckim.

 

   Powtórzyła się ona, i to na olbrzymią skalę, nawet w końcówce wojny - w kwietniu 1945 roku, kiedy to przygotowujący się już do szturmu Berlina dowódca 1. Frontu Białoruskiego - doświadczony marszałek Gieorgij Żukow skompromitował się w sposób naprawdę niebywały.

   

   Zamierzając uzyskać całkowitą przewagę zarządził przed atakiem swych oddziałów w dniu 16 kwietnia 1945 roku zmasowany ostrzał niemieckich pozycji na tak zwanych wzgórzach Seelow na lewym brzegu Odry z tysięcy luf armatnich i wyrzutni rakietowych "Katiusza".  

 

Marszałek Gieorgij Żukow ze swym sztabem

w trakcie walk o wzgórza Seelow.

 Seelow

 

 

 

Zmasowany ostrzał pozycji niemieckich na wzgórzach Seelow był największym przygotowaniem artyleryjskim

w czasie II wojny światowej.


Nie przyniósł jednak Armii Czerwonej żadnego pożytku, a tylko spowodował bezsensowne zużycie olbrzymiej ilości pocisków armatnich i rakietowych.

   To ogromne przygotowanie artyleryjskie nic nie dało, ponieważ niemieccy żołnierze zawczasu opuścili ostrzeliwaną linię okopów i powrócili do nich - w pełni zdolni do działań bojowych - po ustaniu ostrzału i wyeliminowali z walki wielką liczbę atakujących radzieckich czołgów i żołnierzy.

  

   Dopiero po czterech dniach niezwykle ciężkich walk wojskom radzieckim, choć posiadały miażdżącą przewagę, udało się przełamać na wzgórzach Seelow niemieckie linie obronne.

 

     

   W bitwie pod Lenino niemieckie oddziały skutecznie używały posiadane karabiny maszynowe, moździerze, armaty i czołgi.

  

   Na szczególną jednak uwagę zasługuje niezwykle zabójcze dla polskich żołnierzy działanie niemieckiego lotnictwa.

  

   O skali tego działania świadczy choćby to, że tylko w drugim dniu bitwy (13 października 1943 roku) niemieckie lotnictwo wykonało na polskie oddziały aż 23 naloty w grupach od 5 do aż 50 samolotów równocześnie.

 

 

 

 

 

Na fotografii:
niemieckie lotnictwo słynęło z niezwykłej skuteczności

na wszystkich frontach II wojny światowej.

 

 Niemcy
 Lenino

 

    

 

 

 

   Z kolei po stronie 1. Dywizji Piechoty ujawniły się wyraźne braki w logistyce, planowaniu, dowodzeniu i koordynacji działań bojowych (zwłaszcza w zakresie rozpoznania warunków przeprawy przez bagniste brzegi rzeczki Miereja i systemu niemieckich umocnień).

   Wskutek tych błędów pospiesznie i słabo wyszkoleni polscy żołnierze, beznadziejnie dowodzeni, zbijali się w trakcie bitwy pod Lenino w bezładną masę, rażoną i zabijaną nawet przez własną artylerię, skandalicznie szwankowała łączność, polskie czołgi grzęzły w bagnach rzeki Miereja, po ich przejściu działały bez współdziałania z piechotą, zaś zdobywający niemieckie okopy polscy żołnierze wobec braku amunicji zbiorowo oddawali się do niemieckiej niewoli.

 Lenino

Ta fotografia otwarcie ukazuje bezradność polskich żołnierzy w bitwie pod Lenino.

W błotach nad rzeczką Miereja ugrzęzły czołgi, szeregowi żołnierze usiłują nieporadnie przebyć bagna, a oficerowie (w lewym dolnym rogu) dopiero na polu walki studiują mapę

i starają się dociec, jak to się stało,

że znaleźli się w takiej sytuacji.

 

Z punktu widzenia nie tylko wojskowego,

a także zwykłej organizacji działań,

to co widać na tej fotografii, ujawnia

kompromitującą niekompetencję, słabe wyszkolenie, lekceważenie podstawowych zasad walki i skandaliczny brak wyobraźni.

  

Nic dziwnego, że Niemcy widząc takie widoki mieli niezły ubaw i zgotowali atakującym polskim przeciwnikom krwawą łaźnię.

 Lenino

   Szczególną kompromitacją było działanie w bitwie pod Lenino polskich czołgów.

  

   Wskutek nierozpoznania bagnistego terenu i nieprzygotowania właściwych przepraw polskie czołgi nie mogły przebyć rzeczki Miereji.   

   Kiedy w końcu udało się im przeprawić przez tę rzeczkę, wskutek niedostatecznego wyszkolenia i braku skutecznego dowodzenia nie były one w stanie współdziałać z polską piechotą, co czyniło ich działania nieskutecznymi i narażało na szybkie zniszczenie.

 


Jeden z czołgów T 34, w które wyposażone

były polskie oddziały w bitwie pod Lenino.

   Warto odnotować, że w pewnym momencie bitwy pod Lenino grupa pięciu polskich czołgów ruszyła nagle, bez zawiadomienia i tym samym wsparcia polskiej piechoty, do samodzielnego rajdu w stronę niemieckich pozycji i bezpowrotnie zniknęła za najbliższym wzgórzem.

  

   Do dziś nie wyjaśniono losów tych czołgów i ich załóg, a także tego, czy czołgi te ruszyły do szaleńczego i bezsensownego ataku, w czasie którego wszystkie zostały zniszczone, czy też ich załogi uczyniły to w celu oddania się Niemcom do niewoli.

 Lenino

 

   

Bitwa pod Lenino -

propagandowy obraz

Michała Byliny z 1953 roku,

znajdujący się w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

 

   Ukazuje polską piechotę w niemal doskonałym współdziałaniu z czołgami i oficera żydowskiego, bohatersko prowadzącego żołnierzy do ataku.

  

   Tymczasem faktycznie pod Lenino było dokładnie odwrotnie: czołgi nie współdziałały z piechotą, zaś żydowscy oficerowie wykazali typowe dla siebie zachowanie, ukrywając się na tyłach i uciekając z pola walki.

   Niebywała kompromitacja 1. Dywizji Piechoty miała miejsce jeszcze przed rozpoczęciem bitwy pod Lenino.


   Do bezsensownego ataku na niemieckie pozycje Berling rzucił - wzorem Armii Czerwonej - 1. batalion 1. pułku piechoty dywizji, w celu tak zwanego "rozpoznania bojem" nieprzyjaciela.


   Jak można się było spodziewać, czyn ten nie tylko nie doprowadził do rozpoznania sił i pozycji niemieckich, ale przyniósł dokładnie odwrotne katastrofalne skutki: wskutek tego ataku to Niemcy zdobyli doskonałe wręcz informacje o polsko-radzieckim przeciwniku.


   Niemal wszyscy żołnierze polscy z tego batalionu wyginęli w ataku, ale 25-ciu z nich dobrowolnie przeszło na stronę niemiecką.


   Poinformowali oni Niemców o przygotowywanym ataku, jego terminie i miejscu, rodzaju i uzbrojeniu atakujących oddziałów, a nawet tak istotnym szczególe, jak miejsce postoju sztabu radzieckiej 33. Armii (dzięki temu mógł on być skutecznie bombardowany przez niemieckie lotnictwo).


   Mało tego, wykorzystując zdobyte od tych żołnierzy informacje, a także samych tych żołnierzy, Niemcy w ciągu kilku godzin przygotowali zaskakujące działania propagandowe.


   Przed bitwą, wieczorem i w nocy z 11 na 12 października 1943 roku do przygotowujących się do ataku polskich żołnierzy z pozycji niemieckich szczekaczki nadawały dobrze słyszalne audycje w języku polskim, ustami ich kolegów, którzy przeszli na niemiecką stronę.


   W audycjach tych Niemcy odgrywali hymn polski - Mazurka Dąbrowskiego i nadawali komunikaty w języku polskim, wzywające polskich żołnierzy do przechodzenia na niemiecką stronę, a także do rozprawiania się z żydami, komisarzami politycznymi i komunistami (czyli i tak z żydami).
 

   Jak wiadomo, te perfidne działania propagandowe przyniosły Niemcom duże sukcesy, ponieważ w trakcie bitwy na ich stronę faktycznie przeszło aż ponad 600 polskich żołnierzy.

 

   Usiłując zatuszować ten kompromitujący fakt, żydowskie dowództwo 1. Dywizji Piechoty ogłosiło (i informacja ta była podtrzymywana w obowiązującej w Polsce przez kilkadziesiąt lat zakłamanej propagandzie), że żołnierze ci rzekomo "zaginęli" w trakcie bitwy.

 

   Tymczasem aż 250 z tych polskich żołnierzy Niemcy wozili później grupami w celach propagandowych po okupowanych polskich terenach, okazując ich w różnych miejscowościach polskiej ludności.

 Pius XII

 

 

 

   Kilkudziesięciu wziętych do niewoli polskich żołnierzy 1. Dywizji Piechoty, na czele z dowódcą 3. kompanii 1. batalionu 1. pułku piechoty por. Adolfem Wysockim, Niemcy zawieźli nawet do Rzymu na audiencję do papieża Piusa XII.  

 

 

 

 

 

 

 

Na ilustracji

typowa audiencja

u papieża Piusa XII.

 

   Część z "zaginionych" podczas bitwy pod Lenino polskich żołnierzy można zobaczyć na fragmentach niemieckiej kroniki filmowej "Deutsche Wochenschau" oraz kroniki filmowej w języku francuskim "Déserteurs polonais" z 14 stycznia 1944 roku.

  

   W przyszłości opublikujemy fotografie, ukazujące grupy tych żołnierzy - byłych kościuszkowców, jak występują na mityngach organizowanych przez Niemców w różnych miejscowościach w okupowanej Polsce i opowiadają zgromadzonej ludności o tragicznej sytuacji Polaków w Związku Radzieckim, w 1. Dywizji Piechoty i roli działaczy o żydowskim pochodzeniu.

 Lenino

 

 

   Imienne wykazy żołnierzy, którzy przeszli na niemiecką stronę, ich listy do rodzin oraz relacje z kraju żydowskiej szczęśliwości Związku Radzieckiego,  opublikowano w książce pt. Służyłem w dywizji T. Kościuszki", wydanej przez Wydawnictwo Glob w Warszawie w 1944 roku (pod okupacją niemiecką). 

 

   Format publikacji: 19,5 x 14 cm, 32 strony, oprawa miękka. 


   Książkę tę można wypożyczyć w kilku bibliotekach w Polsce, między innymi w Bibliotece Śląskiej w Katowicach, Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Wrocławiu i w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.

 

 

 

 

 

 

Okładka

wspomnianej

publikacji. 

 Monte Cassino

  Warto podkreślić, że w czasie innej znanej bitwy - pod Monte Cassino w maju 1944 roku Niemcy powtórzyli zastosowane pod Lenino działania propagandowe.

  

   Do polskich żołnierzy, tak samo jak w 1. Dywizji Piechoty wywodzących się ze Związku Radzieckiego, także nadawała komunikaty w języku polskim tak zwana Radiostacja Wanda, w której Niemcy zatrudniali ... byłych kościuszkowców spod Lenino.

 

 

 

 

Bitwa pod Monte Cassino.

Polscy żołnierze transportują amunicję

i zaopatrzenie na pozycje swych oddziałów.

 

 MOnte Cassino

 

 

 

 

Niemiecka ulotka,

skierowana do polskich żołnierzy atakujących Monte Cassino.


Przygotowali ją byli kościuszkowcy

- wzięci do niewoli pod Lenino

żołnierze 1. Dywizji Piechoty.


Zawarte w niej sformułowania

nawiązują do realiów panujących

w Związku Radzieckim, dobrze znanych zarówno żołnierzom 1. Dywizji Piechoty, jak żołnierzom Armii Andersa.

   Szczególnie tragiczny w bitwie pod Lenino był los rannych polskich żołnierzy. Dowodzący 1. Dywizją Piechoty gen. Berling dopuścił się bowiem kolejnej zbrodni wojennej wobec własnych żołnierzy - kategorycznym rozkazem zabronił walczącym oddziałom zajmować się rannymi (co było ewenementem dla wszystkich armii w czasie II wojny światowej).

 Lenino

 

 

 

Grupa polskich żołnierzy,

rannych i już opatrzonych

po bitwie pod Lenino.

  

Kadr z filmu fabularnego "Do krwi ostatniej..." (zobacz dalej).


Dowodzący 1. Dywizją Piechoty

gen. Berling wydał kontrowersyjny

i zbrodniczy rozkaz, zakazujący walczącym oddziałom zajmować

się swymi rannymi żołnierzami.

  

Był to jedyny znany

tak haniebny przypadek

w dziejach II wojny światowej.

 

Straty obu stron w bitwie pod Lenino

   

   W bitwie pod Lenino - według własnych oficjalnych danych - Polacy stracili 510 zabitych i 1 776 rannych żołnierzy, a 776 żołnierzy polskich dostało się do niewoli lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści.

  

   Warto zwrócić uwagę na identyczną cyfrę 776 w dwóch przypadkach, co jest naprawdę dziwnym zbiegiem okoliczności i świadczy o oczywistej niewiarygodności tych danych.

 

   Cyfry takie (przynajmniej zbliżone: zabitych - 502, rannych - 1792 i zaginionych - 663) podał Berling 16 października 1943 roku na wezwanie gen. Gordowa.

  

   O braku wiarygodności tych danych świadczą jednak choćby takie krytyczne i jakże trafne sformułowania gen. Gordowa, zawarte w jego meldunku (przytoczonym dalej):

   "Osobiście przeze mnie wezwany na punkt obserwacyjny dowódca dywizji gen. mjr Berling nie umiał zameldować mi, jaka jest liczebność jednostek i poniesione straty.
   Potwierdza to fakt, że sztab dywizji i sztaby pułków nie mogły ustalić strat i liczebności jednostek do 16. 10."

 Lenino

   O tym, że nie należy dawać żadnej wiary faktom i cyfrom o bitwie pod Lenino, przedstawianym przez żydowskich propagandystów, najtrafniej i niezbicie udowadnia choćby przypadek Polaka por. Adolfa Wysockiego (który według tych propagandystów rzekomo nie tylko zginął pod Lenino, ale nawet został pochowany! - gdy tymczasem wraz ze swą kompanią przeszedł na stronę Niemców), a także jeszcze bardziej wstrząsający przypadek żydowskiego politruka kpt. Juliusza Hibnera (który według tych propagandystów nie tylko zginął pod Lenino, ale Niemcy mieli się pastwić nad jego ciałem i rozszarpywać je granatami, za co pośmiertnie odznaczony został tytułem Bohatera Związku Radzieckiego - gdy faktycznie haniebnie uciekł z pola walki i odnalazł się dopiero po kilku tygodniach w Moskwie).

 

   Pod pojęciem "zaginionych" zwyczajowo uznawano żołnierzy, po których zaginął ślad, co zdarzało się zwłaszcza w przypadku wejścia na minę lub trafienia pociskiem armatnim albo bombą. Jak wiadomo, w bitwie pod Lenino spośród 776 zaginionych bez wieści ponad 600 polskich żołnierzy oddało się w ręce Niemców. 

 

 

Skromna tablica upamiętniająca "nieznanych polskich żołnierzy",

których żydowscy dowódcy wysłali na pewną śmierć pod Lenino. 

   

Nie ma wątpliwości, że gdyby to były osoby pochodzenia żydowskiego, to na tablicy tej pojawiłaby się nie tylko wielka gwiazda Dawida, ale i nazwiska tych żołnierzy. Po co natomiast dbać o Polaków i zadawać sobie trud ustalenia ich nazwisk ? Przecież to - według żydów - goje, czyli bydło,

dosłownie "nie-ludzie".

   Natomiast według oficjalnej propagandy polskiej (faktycznie kreowanej przez osoby o żydowskim pochodzeniu) Niemcy w bitwie pod Lenino mieli stracić około 1 500 zabitych żołnierzy i 326 wziętych do niewoli. Propaganda ta "zapomniała" natomiast podać, ilu to żołnierzy niemieckich zostało rannych, tak jakby takich nie było (ale to typowy sposób myślenia dla talmudystów).

 

   Liczby te są zupełnie niewiarygodne i mogą być obalone za pomocą zwykłych zasad dowodzenia, stosowanego w sądach. Nie ma bowiem żadnych dowodów, potwierdzających te liczby. A w sądzie, jeśli nie da się czegoś udowodnić, to sprawa po prostu upada.

 

   I tak w odniesieniu do drugiej z wymienionych liczb: strona polsko-radziecka nie opublikowała nazwisk rzekomo wziętych do niewoli 326 niemieckich żołnierzy. A powinna opublikować, nie tylko dla udokumentowania tego faktu, ale przede wszystkim z przyczyn propagandowych. Nie miałaby też żadnych kłopotów ze sporządzeniem takiej listy, gdyby faktycznie tych niemieckich żołnierzy wzięto do niewoli. A nie opublikowano, bo - wbrew kłamstwom - takich jeńców po prostu nie było.

  

   Po drugie: 326 meżczyzn to przecież niezły tłum, który powinien rzucać się w oczy każdemu żołnierzowi 1. Dywizji Piechoty. Tymczasem - znów dziwnym zbiegiem okoliczności - w relacjach polskich żołnierzy brakuje wzmianek o widokach tego tłumu jeńców.

   

   Gdyby też faktycznie pod Lenino wzięto do niewoli taką gromadę Niemców, to niemało polskich żołnierzy musiałoby być zaangażowanych do prowadzenia i pilnowania tych jeńców. Ich relacje z upodobaniem cytowane byłyby później przez wszelkich "leninowskich historyków", zwłaszcza żydowskiego pochodzenia.

  

   Po trzecie: nigdy nie przedstawiono żadnych fotografii czy filmów, ukazujących tych rzekomo wziętych do niewoli Niemców. A przecież propagandyści 1 Dywizji Piechoty dysponowali aparatami fotograficznymi i filmowymi. Jednym z nich był wspomniany dalej słynny później Aleksander Ford (prawdziwie: Mosze Lifszyc).

 

   Tak samo niewiarygodna jest podawana okrągła liczba 1 500 zabitych (z dziwnym talmudycznym pominięciem liczby rannych, tak jakby Niemcy nie mieli rannych) niemieckich żołnierzy.


   Do dziś nie przedstawiono żadnych wiarygodnych (to znaczy takich, które uznałby sąd na rozprawie) dowodów, że pod Lenino śmierć poniosło właśnie tylu Niemców.


   Nie ulega jednak wątpliwości, że w zaciekłych starciach pod Lenino Niemcy musieli ponieść jakieś straty. Ale jakie ?


   Do udowodnienia jakiejś okoliczności w sądach stosuje się czasem zasadę analogii, którą posłużymy się także w tych rozważaniach.


   Jak wiadomo, w trakcie walk frontowych między wojskami niemieckimi i Armią Czerwoną na jednego zabitego niemieckiego żołnierza przypadało średnio 7 zabitych czerwonoarmistów, czyli stosunek strat wynosił 1:7 (niektóre szacunki podają stosunek nawet aż 1:10).

  

   Wynikało to przede wszystkim ze stosowanych przez Armię Czerwoną specyficznych zasad taktyki: rozpoznania bojem, zmasowanego atakowania hordami - masami ludzkimi (zamiast małymi grupkami i w skokach), także "rozminowywania" w ten sposób pól minowych (przez żołnierzy idących masą lub tyralierą) i nieliczenia się przez dowódców (zwykle o żydowskim pochodzeniu) z życiem zwykłych żołnierzy (ponieważ wywodzili się oni z narodów innych, niż żydowski, przede wszystkim rosyjskiego).

 

   To właśnie z tego powodu, na usprawiedliwienie takiej zbrodniczej taktyki walki, dowódcy Armii Czerwonej głosili hasło: U nas liudiej mnogo!


   Dokładnie takie same okoliczności zaistniały w bitwie pod Lenino - takie samo rozpoznanie bojem, takie same zmasowane ataki hordami (czyli masami żołnierzy, idących do ataku w wyprostowanych pozycjach) i takie samo nieliczenie się przez dowódców z oczywistymi dla tej taktyki walki straszliwymi stratami.

 Lenino

W bitwie pod Lenino polscy żołnierze atakowali typową dla Armii Czerwonej formacją bojową, tak zwaną "hordą", gromadnie lecąc na wrogie pozycje

w niemal wyprostowanych pozycjach. 

Na fotografii: kadr z filmu fabularnego "Do krwi ostatniej..." (zobacz dalej), przedstawiający atak polskich żołnierzy pod Lenino. Kadr ukazuje podstawowe nieprawidłowości

w zakresie sztuki militarnej: żołnierze biegną z pepeszami, ale już bez zapasów amunicji, ciągną ciężki ckm Maxima, ale również bez zapasów amunicji, a dwaj oficerowie, wbrew regułom sztuki wojennej, kroczą obok siebie

i wkrótce zginą od kul niemieckich, pozostawiając podkomendnych

w beznadziejnej sytuacji.

   W związku z tym, stosując zasadę analogii, można w przybliżonym stopniu obliczyć starty niemieckie pod Lenino. Skoro stosunek strat na Froncie Wschodnim wynosił 1:7, to należy liczbę 2 286 (suma strat polskich: 510 zabitych i 1 776 rannych) podzielić przez cyfrę 7.


   Ta nader prosta operacja matematyczna ukazuje, że w bitwie pod Lenino Niemcy prawdopodobnie stracili 327 żołnierzy (zabitych i rannych). Jak to określane jest w dowodzeniu przed sądami, liczba ta ustalona została z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, graniczącą niemal z pewnością.

 Niemcy    

   Oczywiście można zastanawiać się, czy ta przypuszczalna, ale uprawdopodobniona liczba 327 wyeliminowanych z walki niemieckich żołnierzy to dużo czy mało ?


   Jest sprawą bezsporną, że liczba ta dla Niemców - stale borykających się z brakiem żołnierzy - była znacząca.

 

    Nie ulega też wątpliwości, że wyeliminowanie kilkuset niemieckich żołnierzy osłabiało niemiecką machinę wojenną i przybliżało upragniony koniec wojny.

 

 

 

 

 

 

Na fotografii scena z Frontu Wschodniego ukazująca,

jak jeden z niemieckich żołdaków stracił rękę i nogę.


Dla niemieckiej armii strata każdego żołnierza

była bardzo bolesna i osłabiała jej siłę.

   Szkoda tylko, że odbyło się to kosztem tak wielkich strat po stronie polskiej. W niczym to jednak nie pomniejsza bohaterstwa i zasług polskich żołnierzy, walczących pod Lenino. Po prostu takie były ówczesne realia walki na Froncie Wschodnim.

 

   Jeśli chodzi o straty w sprzęcie wojennym, to wiadomo, że straty 1. Dywizji Piechoty były w tym zakresie ogromne. Samych tylko czołgów straciła blisko 40, czyli niemal wszystkie posiadane maszyny.

 

   Podobnie straszliwe straty 1. Dywizja Piechoty poniosła w innych rodzajach sprzętu. Np. z wypowiedzi Berlinga na naradzie kierownictwa dywizji zaraz po bitwie wynika, że tylko 1. pułk piechoty stracił aż 53 cekaemy, czyli w zasadzie wszystkie posiadane.


   Takich kompromitujących sytuacji nie było nawet w jednostkach Armii Czerwonej, z wyjątkiem tych, kiedy oddawały się one wraz z posiadanym sprzętem do niemieckiej niewoli.
  
   Propaganda polska (dokładnie: żydowska) podawała z kolei, że Niemcy pod Lenino mieli stracić między innymi 2 czołgi, 42 moździerze i działa oraz 5 samolotów. Liczby te nie są jednak poparte wiarygodnymi dowodami i należy je traktować tak samo, jak podawane straty Niemców w ludziach.

 

   Swoistą ciekawostką (która jest oczywistym skandalem i kompromitacją, zwłaszcza w oczach prawnika, przywykłego do wyszukiwania i przedstawiania w sądzie oczywistych dowodów w postaci dokumentów i to uzupełniających się treścią), że do dziś żaden polski "historyk", zwłaszcza z grona tych, którzy tak szczegółowo i wyczerpująco opisywali bitwę pod Lenino - na podstawie sprawozdań głównie uczestników o żydowskim pochodzeniu, nie pokusił się o dostęp do niemieckich dokumentów na temat tej bitwy.


   Tymczasem wiadomo, że dokumentów takich w niemieckich archiwach jest dużo. W Wehrmachcie panowała bowiem ściśle przestrzegana procedura, która wymagała sporządzania przez oficerów drobiazgowych raportów z każdego ważniejszego wydarzenia z udziałem ich jednostek.
 

   Dlaczego więc w Polsce nie opublikowano tych raportów, opisujących przebieg walki z niemieckiego punktu widzenia, a także ujawniających wysokość niemieckich strat w ludziach i sprzęcie ?


   Dlaczego do dziś w Polsce nie ujawniono dokumentów z listą nazwisk żołnierzy polskich - kościuszkowców, którzy oddali się do niemieckiej niewoli i służyli potem Niemcom w celach propagandowych ?


   Dlaczego w Polsce ukrywane są kroniki filmowe (w języku niemieckim i francuskim), ukazujące te wydarzenia ?

 

   W związku z tym, aby choć w niewielkim stopniu ukazać prawdę, bolesną, ale prawdę, w przyszłości kroniki te udostępnimy na naszej stronie.

 

Bohaterstwo polskich żołnierzy i zachowanie oficerów żydowskiego pochodzenia


   Bitwa pod Lenino ukazała, że żołnierze polscy - pomimo tragicznej sytuacji, wycieńczenia warunkami "pobytu" w Związku Radzieckim, braku amunicji i świadomości, że są cynicznie wykorzystywani jako mięso armatnie - jak zwykle walczą z wielkim bohaterstwem i poświęceniem.


   Jako przykład takiej ofiarności podać można żołnierzy 1. batalionu 1. pułku piechoty, którym dowodził (batalionem) mjr Bronisław Lachowicz, jeden z nielicznych w 1. Dywizji Piechoty oficerów polskiego pochodzenia. Wykonując zbrodniczy rozkaz żydowskich przełożonych batalion ten z impetem ruszył do samobójczego ataku na Niemców (tak zwanego rozpoznania bojem), w którym polegli prawie wszyscy jego żołnierze, z dowódcą na czele.

 

 Lenino  Lenino

W bitwie pod Lenino polscy żołnierze odznaczyli się bohaterstwem i walecznością,

a honor i godność okupili krwią setek zabitych i rannych.

 
   Faktem jest także, że niemało polskich żołnierzy (ponad 600) oddało się pod Lenino do niemieckiej niewoli. Pamiętać jednak trzeba o okolicznościach tych wydarzeń: dotychczasowego traktowania ich w Związku Radzieckim jak bydło, wysyłania do bezsensownych ataków na pewną śmierć i beznadziejności sytuacji w obliczu skandalicznego braku amunicji.

 

   Bitwa pod Lenino w szczególny sposób ujawniła również charakterystyczne zachowanie i niekompetencję oficerów żydowskiego pochodzenia.

  

   Typowym przykładem było skandaliczne zachowanie dowódcy 1. pułku piechoty ppłka Franciszka Adolfowicza Derksa (oficera Armii Czerwonej; syna Adolfa; żydowskiego pochodzenia; dowódcy 1. pułku w okresie 28.08.1943-15.10.1943).

 

   Jak taktownie ujmowali to w raportach i oficjalnych opisach jego żydowscy przełożeni i koledzy, w bitwie pod Lenino ppłk Derks "utracił zdolność dowodzenia" pułkiem. Wskutek tego dowodzony przez niego pułk poniósł olbrzymie straty. O ich katastrofalnych rozmiarach świadczy fakt, że liczył on 2 800 żołnierzy, a po jego wycofaniu z walk pod Lenino zostało w nim zaledwie 500 żołnierzy !

 

   Nawet więc jego żydowski rodak Berling zarzucił Derksowi nieudolność, złe przygotowanie do dowodzenia, wreszcie dezercję z pola walki, a ponadto publicznie odgrażał się (jak się okazało, była to typowa żydowska gra pozorów), że osobiście zastrzeli Derksa.

  

   Ujawniono, że ppłk Derks w czasie bitwy pod Lenino, w trakcie najbardziej zaciekłych walk, porzucił dowodzenie swym pułkiem, ukrył się na tyłach i odnaleziony został dopiero później. Pierwszy i zarazem decydujący dzień bitwy pod Lenino ppłk Derks spędził pijany, ukrywając się w opuszczonym okopie na tyłach i kopulując z kobietą, także żydowskiego pochodzenia (Klarą Jung).

  

   Po odkryciu tego faktu przez żołnierzy 1. Dywizji Piechoty ppłk Derks uciekł i schował się pod opiekuńcze skrzydła swych żydowskich towarzyszy z dowództwa 33. Armii radzieckiej.

 

   Sprawa skandalicznego zachowania ppłka Derksa pod Lenino stała się jednak zbyt głośna wśród żołnierzy 1. Dywizji Piechoty, więc jego żydowscy przełożeni zainicjowali wobec niego postępowanie karne Prokuratury Wojskowej 1. Dywizji Piechoty (sprawa nr 134/P/43). W tej "Prokuraturze Wojskowej" służył między innymi Hilary Minc, osławiony działacz komunistyczny o żydowskim pochodzeniu (zobacz dalej).

   Jak się można było spodziewać, z uwagi na żydowskie pochodzenie Derksa i jego koneksje z innymi działaczami "polskimi" (tak zwanego Związku Patriotów Polskich, którego niemal wszyscy działacze byli pochodzenia żydowskiego) i radzieckimi tego samego pochodzenia -  to karne postępowanie zostało oczywiście umorzone.


   Następcą Derksa jako dowódca 1. pułku piechoty 15 października 1943 roku mianowany został mjr Leonard Berkowicz, również żydowskiego pochodzenia, bo przecież inaczej być nie mogło.

 

   Objaśnienie: Leonard Berkowicz (1912-1989) - to "polski" polityk o żydowskim pochodzeniu. W celu zatuszowania żydowskich korzeni zmienił nazwisko z Berkowicz (inaczej: syn Berka) na typowo polskie Borkowicz.
   W październiku 1943 roku, po nagłośnieniu skandalicznego zachowania się pod Lenino ppłka Derksa, żydowscy rodacy mianowali go dowódcą 1. pułku piechoty w stopniu majora, choć nie posiadał do takiej funkcji jakichkolwiek kwalifikacji.
   W latach 1944-45 był zastępcą komendanta głównego MO, oczywiście ds. polityczno-wychowawczych - jak przystało na osobę o jego pochodzeniu.
   Po wojnie, w latach 1946-49 był pierwszym wojewodą szczecińskim. Zasłynął wtedy z nieudolności i obsadzania ważniejszych stanowisk przez żydowskich pobratymców. Zmuszony do ustąpienia w atmosferze skandalu, wkrótce mianowany został przez rodaków ambasadorem Polski w Czechosłowacji.

   Rok później odwołany został z tej funkcji po ujawnieniu kolejnego skandalu - że jego żona żydówka w latach okupacji była niemieckim konfidentem i wydawała Polaków ukrywających żydów (co było nagminnym zjawiskiem w przypadku osób żydowskiego pochodzenia). 

   Napisał wtedy głośny list do Bieruta (także żydowskiego pochodzenia), w którym potępił żonę i - zwyczajem działaczy komunistycznych żydowskiego pochodzenia - "odciął się" od jej osoby.

 Berkowicz

 

 

     

   

 

  

 

Leonard Berkowicz (wyższy)

jako wojewoda szczeciński

ze swym żydowskim rodakiem, prezydentem RP Bolesławem Bierutem (niższy, na pierwszym planie), który odwiedził Szczecin.

   Objaśnienie: Bolesław Bierut (1892-1956; prawdziwe żydowskie nazwisko: Rotenschwanz) - to "polski" polityk o żydowskim pochodzeniu. Ze względu na jego podły charakter i zbrodnie na polskim narodzie powszechnie określany trafną ksywką "szczur" (autorem tej ksywki był premier Wielkiej Brytanii Anthony Eden).
   Przed wojną był równocześnie agentem NKWD i polskiej Policji, a w czasie okupacji równocześnie agentem NKWD i niemieckiej policji politycznej Gestapo.
   Po wojnie z protekcji żydowskich rodaków, głównie Stalina, Bierut pełnił najwyższe funkcje w państwie "polskim": przewodniczącego KRN, prezydenta RP, premiera i I sekretarza PPR/PZPR, dzieląc władzę z dwoma innymi zbrodniarzami o tym samym żydowskim pochodzeniu: Jakubem Bermanem i Hilarym Mincem.
   Bierut zakończył niesławne życie w Moskwie, oficjalnie wskutek choroby (ku uciesze społeczeństwa polskiego podawano sprzeczne przyczyny jego zejścia: grupę, zapalenie płuc, zator tętnicy i nawet zawał serca), zaś faktycznie został zastrzelony na polecenie (osób z otoczenia Nikity Chruszczowa, który przejął wtedy władzę) przez członka KC PZPR Franciszka Mazura (poprzednie nazwisko: Horodenko), do czego sprawca po latach sam dobrowolnie się przyznał.   

   Na temat śmierci Bieruta w Moskwie krążyły w Polsce głośne dowcipy i powiedzenia, między innymi: Pojechał w futerku, a wrócił w kuferku.

 

   W podobny sposób, jak ppłk Derks, dopiero po bitwie pod Lenino odnaleziony został odurzony alkoholem i śpiący w stodole kolejny "zaginiony" oficer "polski" żydowskiego pochodzenia (także oddelegowany z Armii Czerwonej) ppłk Anatol Wojnowski - dowódca 1. pułku czołgów. 

  

   W chwili rozpoczęcia bitwy pod Lenino jego 1. pułk czołgów liczył 597 żołnierzy i 39 czołgów, a w wyniku bitwy - głównie wskutek braku dowodzenia i koordynacji działań - praktycznie przestał istnieć: tracąc niemal wszystkie maszyny i ich załogi.

 

  Ppłk Wojnowski znany był jako wyjątkowy alkoholik i polakożerca. Np. jeszcze przed bitwą, 20 czerwca 1943 roku pod wpływem alkoholu wybiegł na teren obozu szkoleniowego 1 Dywizji Piechoty w Sielcach i zaczął strzelać z rewolweru do polskich wartowników - wznosząc przy tym niezwykle wulgarne okrzyki pod adresem Polski, Polaków i 1 Dywizji. Chroniony przez żydowskich zwierzchników nie poniósł konsekwencji ani za ten wybryk, ani za sławetny wyczyn pod Lenino.

 

   Jeszcze bardziej wstrząsający jest słynny przypadek haniebnej ucieczki z pola walki pod Lenino żydowskiego politruka w randze "kapitana" Juliusza Hibnera (prawdziwie: Dawid Szwarc).

 

   Żyd Juliusz Hibner był zastępcą ds. politycznych (czyli tak zwanym politrukiem) dowódcy 1 pułku piechoty, to znaczy znanego już z "bohaterstwa" swego judejskiego pobratymca - znanego z zamiłowania do alkoholu i kopulacji - ppłka Derksa.


   Oczywiście Hibner, podobnie jak niemal wszyscy "oficerowie" żydowskiego pochodzenia "zniknął" podczas bitwy pod Lenino.

 

   Natychmiast żydowscy propagandyści zrobili z Hibnera i jego "zniknięcia" wielkie aj! waj! i ogłosili na cały świat (za pośrednictwem gazet i Radia Moskwa), że to największy bohater bitwy pod Lenino !


   Te wyjątkowo podłe propagandowe kłamstwa powtarzali następnie liczni żydowscy "historycy" i ich polscy słudzy (szabes-goje), nieprawdziwie opisujący bitwę pod Lenino, niektórzy nawet po dziś dzień.


   Konkretnie według tych żydowskich "historyków" kpt. Hibner pod Lenino "w krytycznym momencie bitwy zastąpił poległego dowódcę batalionu i nie patrząc na dwie ciężkie rany, bohatersko dowodził działaniami batalionu".


   Żydowscy propagandyści ogłosili, że w tej bohaterskiej walce przedstawiciel ich "narodu wybranego" kpt. Hibner poległ, a Niemcy pastwili się nad jego ciałem i nawet rozszarpywali je granatami !


   Nic więc dziwnego, że wykazujący tak rzadkie dla żydów męstwo i bohaterstwo w bitwie (niespotykane dla żydów w żadnych innych starciach) został przez swych żydowskich kolegów przedstawiony jako wzór do naśladowania i oczywiście do wszelkich możliwych i to od razu najwyższych odznaczeń w Związku Radzieckim.


   Konkretnie na polecenie Stalina (a na wniosek jego żydowskiej kochanki Wandy Wasilewskiej) 11 listopada 1943 roku, to znaczy 4 tygodnie po bitwie pod Lenino żydowski politruk Gibner Juliusz Szimonowicz (czyli Juliusz Hibner, syn Szymona) za niespotykane "bohaterstwo" i "śmierć na polu walki" uhonorowany został pośmiertnie najwyższym tytułem Bohatera Związku Radzieckiego, Orderem Lenina i medalem Złota Gwiazda (Nr 2232).

 

   Te kłamstwa żydowskiej propagandy wyszły na jaw kilka tygodni później, kiedy to "poległy" i "rozszarpany niemieckimi grantami" pod Lenino kpt. Hibner odnalazł się w Moskwie, żywy i zdrowy.


   Okazało się, że po prostu haniebnie uciekł z pola walki pod Lenino, pozostawiając polskich żołnierzy, którym wcześniej jako zastępca dowódcy pułku z wielką pasją wmawiał, że powinni walczyć jak lwy z Niemcami i oddawać życie za Stalina, Związek Radziecki i Polskę (kierowaną przez żydów).


   Aby ukryć ten haniebny fakt, a równocześnie zabezpieczyć się przed możliwym rozstrzelaniem (za tchórzostwo i dezercję), na polecenie swych żydowskich przełożonych ze Związku Patriotów Polskich zgłosił się po czterech tygodniach do "szpitala dla polskich żołnierzy w Moskwie" i opowiadał, że pod Lenino był "lekko ranny w nogę i dlatego zszedł z pola walki" !

  
   To haniebne i tak charakterystyczne dla żydowskich oficerów" postępowanie tak opisał jeden z faktycznie rannych pod Lenino polskich żołnierzy por. Franciszek Bąk ("O lepsze jutro", w książce Melchiora Wańkowicza "Wojna i pióro", Wydawnictwo MON, Warszawa 1974, str. 491):


   "Gdy po dwóch tygodniach leżenia w gipsie pokuśtykałem o kulach na korytarz, w pierwszej chwili nie chciałem wierzyć własnym oczom. W kącie hallu stał ... kapitan Hibner i z przerażeniem słuchał, co o nim mówiono. A wyrosły już wokół jego osoby dziwne opowieści. Że Niemcy pastwili się nad jego ciałem, że rozszarpywali je granatami... Krzyżowały się najbardziej nieprawdopodobne wersje.
   W rzeczywistości - jak mi sam powiedział - był lekko ranny w nogę i zszedł z pola walki, a po paru tygodniach zgłosił się do szpitala dla żołnierzy polskich w Moskwie"

 

   Juliusz Hibner (właściwie: Hübner; prawdziwie Dawid Szwarc; właściwie: Schwartz; 1912-1994) - to żydowski działacz komunistyczny, urodzony w rodzinie żydowskiego sklepikarza na Zachodniej Ukrainie (jak sam twierdził).

  

   Przed wojną aktywny działacz Komunistycznego Związku Młodzieży Zachodniej Ukrainy, Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i Komunistycznej Partii Polski (skupiających niemal w całości osoby pochodzenia żydowskiego). Więziony w Rzeczypospolitej Polskiej za antypolską działalność.


   W latach 1937-1939 uczestniczył w hiszpańskiej wojnie domowej, oczywiście jako komisarz polityczny w randze kapitana w 20 batalionie Brygad Międzynarodowych (opanowanych przez osoby o pochodzeniu żydowskim).
 

   Od 1941 roku służył w Armii Czerwonej jako komisarz polityczny. Od 1943 roku aktywny działacz Związku Patriotów Polskich (do którego należały osoby o pochodzeniu żydowskim).


   W 1943 roku w randze kapitana został skierowany przez swych judejskich pobratymców do 1. Dywizji Piechoty, na wysokie stanowisko zastępcy dowódcy ds. politycznych 1. pułku piechoty (którym dowodził jego żydowski rodak ppłk Derks).

 Hibner Juliusz

   Hibner uciekł z pola bitwy pod Lenino i po kilku tygodniach odnalazł się w Moskwie, gdzie udawał rzekomo rannego. W międzyczasie jego żydowscy przełożeni ze Związku Patriotów Polskich (z inicjatywy Wandy Wasilewskiej) ogłosili go za pośrednictwem radzieckich gazet i Radia Moskwa największym "bohaterem" bitwy pod Lenino i doprowadzili do nadania mu pośmiertnie tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, Orderu Lenina i Medalu Złota Gwiazda.

   
   Ostatecznie żydowscy zwierzchnicy ogłosili, że Hibner przeżył bitwę pod Lenino będąc ciężko ranny i rzekomo jako nieprzytomny leżał kilka tygodni w jednym ze szpitali.


   W związku z tak wielkim "bohaterstwem" z inicjatywy judejskich pobratymców Hibner wrócił do 1. Dywizji Piechoty już jako dowódca pułku i awansowany do stopnia "podpułkownika" !

 

Na fotografii z 1943 roku, to jest z omawianego okresu, rzekomy "największy bohater" bitwy pod Lenino - Juliusz Hibner (Dawid Szwarc) o typowych semickich rysach.

   Dość szybko jednak, z uwagi na to, że wszyscy polscy żołnierze 1. Dywizji Piechoty publicznie wyśmiewali i żartowali z jego "bohaterstwa", ponieważ doskonale znali realia bitwy pod Lenino i jego haniebne zachowanie, żydowscy zwierzchnicy przenieśli Hibnera do innej jednostki: 2. Armii Wojska Polskiego, oczywiście przy tej okazji znów go awansując.

 Hibner

 

 

 

 

 

Najlepszy dowód obnażający

żydowskie kłamstwa, że Hibner rzekomo w bohaterskiej walce

z Niemcami poległ pod Lenino,

a "Niemcy pastwili się nad

jego ciałem i rozszarpywali

je granatami".

  
Prawdziwy grób Hibnera

na Cmentarzu Wojskowym

na Powązkach w Warszawie,

wybudowany przez jego żonę

po jego śmierci w 1994 roku.

  
Warto zwrócić uwagę,

że talmudycznym zwyczajem na

wszelki wypadek na nagrobku - wbrew powszechnie stosowanym zasadom -

nie podano dat jego urodzin i śmierci,

a tylko informacje: DĄBROWSZCZAK, GENERAŁ BRYGADY, DOKTOR FIZYKI.

   Będąc żydowskiego pochodzenia Hibner zrobił oszałamiającą karierę w opanowanych przez jego judejskich pobratymców organach władzy w Polsce, nie mając do tego żadnych kwalifikacji.


   W 1946 roku mianowany został zastępcą dowódcy, a w 1949 roku dowódcą KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego), na którego czele dopuścił się licznych zbrodni komunistycznych (faktycznie powinno być: żydowskich) na narodzie polskim.


   W latach 1951-56 był dowódcą Wojsk Wewnętrznych, od 1956 roku wiceministrem spraw wewnętrznych - podsekretarzem stanu w MSW.


   Dzierżąc te stanowiska Hibner kierował zwalczaniem antykomunistycznego podziemia oraz prowadzeniem akcji propagandowych i pacyfikacyjnych, utrwalając władzę żydowskich komunistów w Polsce.


   W 1958 roku Hibner mianowany został na stopień "generała brygady", już w 1959 roku przeszedł w stan spoczynku i zajął się działalnością "naukową".
 Hibner

   Zdobył tytuł "doktora nauk fizycznych" i w latach 1960-1969 pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. Później mieszkał w Paryżu (mieście będącym oazą żydowską).


   Pod koniec życia, jak wielu innych żydowskich działaczy komunistycznych, Hibner rzekomo zrozumiał błędy swoje i swych pobratymców, a w 1988 roku nawet wystąpił z PZPR, którą tak kochał przez kilkadziesiąt lat i dla której dopuścił się komunistycznych zbrodni.


   Podobnie jak inni żydowscy działacze komunistyczni, Hibner kreował się nawet na filozofa i opublikował "traktat filozoficzny" pt. "O rozstrzygalności dwóch nierozstrzygalnych kontrowersji (Wydawnictwo Literackie, 1987). Pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. 

 

 

"Traktat filozoficzny" Hibnera - szczytowe osiągnięcie jego myśli.
Sam jego tytuł, zawierający w sobie dwukrotne zaprzeczenie i totalny

bezsens, mógł być wymyślony tylko przez osobę o jego pochodzeniu.
Nawet umieszczony nie bez przypadku znak na okładce trafnie

odzwierciedla talmudyczne meandry żydowskiego myślenia. 

   

   Warto dodać, gdyż doskonale oddaje to stosunki panujące w "polskim wojsku" w ZSRR, że po bitwie pod Lenino - z inicjatywy działaczy Związku Patriotów Polskich żydowskiego pochodzenia - odznaczeni zostali szczególnie "oficerowie" o tym samym pochodzeniu, między innymi:

  • porucznik Aleksander Ford (późniejszy reżyser filmu "Krzyżacy") oraz
  • plutonowy Hilary Minc (urodzony w Kazimierzu Dolnym; późniejszy wicepremier RP - osławiony zbrodniarz na społeczeństwie polskim; wcześniej prokurator 1. Dywizji Piechoty w stopniu majora, którego Berling jeszcze przed bitwą zdegradował do stopnia plutonowego).
 Ford

   Aleksander Ford (prawdziwie: Mosze Lifszyc; 1908-1980) - to "polski" filmowiec: scenarzysta i reżyser o żydowskim pochodzeniu. Wyjątkowo nieciekawa postać: donosił do NKWD na innych reżyserów, oskarżając ich o antysemityzm i słynął z niesłychanej pychy i buty (z tego powodu nosił ksywkę "Car"), co ukazuje nawet nonszalancko "rozwalona" poza na widocznej fotografii.   

   Nauczyciel innych reżyserów - rodaków: Polańskiego, Munka, Hasa i Wajdy. Bez skrupułów niszczył wszelką konkurencję w środowisku filmowym w Polsce. Od podwładnych wymagał zwracania się do niego tytułem "Panie Pułkowniku", ponieważ otrzymał taki "stopień" od swych żydowskich towarzyszy za "zasługi" wojenne.  

   W 1968 roku, po odzyskaniu przez część narodu polskiego świadomości, został pozbawiony prawa do pełnienia jakiejkolwiek funkcji w kinematografii. W związku z tym wyemigrował do Izraela, a później kolejno do RFN, Danii i USA. Powiesił się ze zgryzoty.

   Hilary Minc (1905-1974) - to "polski" polityk komunistyczny o żydowskim pochodzeniu, z bogatej rodziny żydowskich handlarzy z Kazimierza Dolnego.
   Zasłynął jako wyjątkowy złodziej i intrygant. Nawet jego rodak Berling zdegradował go w 1. Dywizji Piechoty ze stopnia majora do plutonowego.
   Po wojnie - dzięki intrygom i protekcji Stalina oraz innych rodaków - piastował najwyższe funkcje w państwie "polskim": nawet wicepremiera ds. gospodarki i handlu. Wraz z dwoma innymi żydowskimi rodakami: Jakubem Bermanem i Bolesławem Bierutem (prawdziwe żydowskie nazwisko: Rotenschwanz) przez wiele lat miał wręcz nieograniczoną władzę w Polsce.
   Kierując przez ponad 10 lat (w latach 1944-1957) gospodarką Polski doprowadził do okradzenia z własności (w ramach tak zwanej "nacjonalizacji" i zwłaszcza wymyślonej przez niego tak zwanej "bitwy o handel") i tym samym do nędzy i nieszczęść miliony Polaków. Twórca ekonomicznej potęgi żydów w Polsce, uzyskanej wskutek obrabowania polskiego społeczeństwa - przeprowadzonego masowo z wykorzystywaniem instytucji państwa (głównie skarbowych i bezpieczeństwa).
   Jego żona Julia Minc (żydowskie nazwisko panieńskie: Heflich; 1901-1987) prowadziła podobną zbrodniczą działalność wobec narodu polskiego. Stała na czele Polskiej Agencji Prasowej i mając wyłączność na publikowanie istotnych dla Polski wiadomości oszukiwała i demoralizowała polskie społeczeństwo - w imię realizacji żydowskich celów.

 Minc

 

   Kilka dni po bitwie na odprawie żydowskiego kierownictwa dywizji i dowódców pułków Berling takimi słowami odniósł się do przerażająco dużej liczby "zaginionych" i rozproszonych żołnierzy 1. Dywizji Piechoty:

   "Na przyszłość trzeba temu zapobiec. A jestem pewny, że za parę tygodni naszych ludzi będzie można znaleźć w Moskwie (1) i Sielcach (2). Żeby tego więcej nie było, bo się wam pułki, a mnie dywizja rozleci jak stare gacie. Sytuacja jest niewesoła, niesłychanie kompromitująca, bo się to wszystko psiakrew rozlazło jak wszy. Te oddziały, których obowiązkiem było zbierać łazików (3), zawiodły".

 

   Przypisy do wypowiedzi Berlinga:


   (1) Berlingowi chodziło o to, że duża cześć tych "uciekinierów" z pola walki pod Lenino to oficerowie pochodzenia żydowskiego - i jako wyżsi rangą działacze Związku Patriotów Polskich uciekła od razu do Moskwy, gdzie mieściła się siedziba tego Związku (i zarazem punkt zbiorczo-kontaktowy żydów) i gdzie mieszkali ich żydowscy rodacy.

 

   (2) Chodzi o obóz szkoleniowo-organizacyjny polskich jednostek wojskowych w miejscowości Sielce nad Oką na południe od Moskwy. W obozie w Sielcach wszechwładnie rządzili komunistyczni działacze pochodzenia żydowskiego, więc żydowscy uciekinierzy wiedzieli, że znajdą tu bezpieczną przystań.

 

   (3) Słowami tymi Berling określił tak zwane "oddziały zaporowe", które organizowali także przy polskich jednostkach działacze żydowscy - wzorem brygad zaporowych NKWD.

   W Związku Radzieckim były to specjalne jednostki, złożone głównie z żydów, które nie brały udziału w walkach z Niemcami, ale szły za frontowymi oddziałami Armii Czerwonej i strzelały (głównie z cekaemów) w plecy własnym żołnierzom, aby "zmotywować" ich do większego zaangażowania w ataku i uniemożliwić wycofanie się lub ucieczkę.

   Jednostki takie organizowane były także w 1. Dywizji Piechoty. Złożone jednak w całości z żydów, uciekły z pola bitwy już na początku walk na sam widok niemieckich żołnierzy, przez co - jak skarży się Berling - nie wykonały zadań stawianych im przez żydowskich przywódców i dopuściły do wycofania się, ucieczki i "porozłażenia się" dużej części żołnierzy 1. Dywizji Piechoty.

 Lenino

    

Fotografia, przedstawiająca polskich

żołnierzy w marszu na front w rejonie Lenino.

   

Tu wyraźnie widać, jak kolumny polskich żołnierzy są prowadzone i uważnie pilnowane przez oficerów o żydowskim pochodzeniu, którzy stoją z boków i obserwują ich

niczym strażnicy więźniów.

 

Po prawej stronie widać

starannie oddzieloną od reszty "tłumu" grupę żołnierzy, obserwujących tłum i gotowych

do użycia broni. To prawdopodobnie jeden

z żydowskich "oddziałów zaporowych",

których istnienie zdradził Berling

na opisanej naradzie kierownictwa

dywizji, w przywołanej wypowiedzi.

   Bitwa pod Lenino była z jednej strony przykładem niezwykłego bohaterstwa i ofiarności polskich żołnierzy, a z drugiej strony skandaliczną, polityczną aferą nieodpowiedzialnych przywódców (Wandy Wasilewskiej i innych działaczy Związku Patriotów Polskich żydowskiego pochodzenia) i równie niekompetentnych dowódców wojskowych (gen. Berlinga, ppłka Derksa, ppłka Wojnowskiego i innych oficerów o tym samym pochodzeniu).

 Lenino

Na fotografii wizytacja 1. Dywizji Piechoty

w obozie organizacyjno-szkoleniowym

w Sielcach, przed bitwą pod Lenino, przez żydowskich działaczy ze Związku Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele.
Wszystkie widniejące tu osoby

są pochodzenia żydowskiego.
Jest to fotografia karykaturalna,

ponieważ ukazuje, jak sam dowódca dywizji Berling (jeszcze w stopniu pułkownika - pochylony od lewej) wraz z drugim oficerem

w stopniu majora osobiście popisują się rzekomą znajomością obsługi moździerza. Tymczasem, jak powszechnie wiadomo na całym świecie i we wszystkich armiach, dowódcy i oficerowie mają umieć "dowodzić", a nie osobiście strzelać

z moździerza. Ale, jak dowodzi tego ta fotografia, osoby o żydowskim pochodzeniu

(biegłe w finansach, interesach i intrygach)

tego tak oczywistego faktu nie znały.
Warto też zwrócić uwagę na "sztucznie mądre

i poważne" miny widocznych wokół Wasilewskiej działaczy żydowskich, którzy udają, jak bardzo znają się na obsłudze moździerza i jak wielkie znaczenie ma ten rodzaj uzbrojenia.

Przesłanie tej karykaturalnej fotografii jest oczywiste: mając taki moździerz i jeszcze

umiejąc go obsługiwać teraz pogonimy armię niemiecką oraz Hitlera i zaprowadzimy swoje żydowskie porządki na terenie nie tylko

Polski, ale całej Europy.

   Po bitwie na stan 12 683 żołnierzy 1. Dywizji Piechoty (łącznie z 1 pułkiem czołgów) odnotowano obecność zaledwie około 4 600 zdolnych do walki. Reszta - według oficjalnych stwierdzeń żydowskiego kierownictwa dywizji - miała zginąć, odnieść rany, "zaginąć" lub rozproszyć się po okolicy.

  

   Wynika z tego, że skoro 510 żołnierzy zginęło, 1 776 zostało rannych, 776 dostało się do niewoli lub "zaginęło" (czyli łącznie: 3 062), a pozostało tylko 4 600 żołnierzy, to aż 5 tysięcy ! żołnierzy 1. Dywizji Piechoty uciekło z pola walki "do Moskwy, Sielc" i innych ustroni żydowskich.

 

   Jak można się domyślać, zginęli, zostali ranni, przeszli na stronę niemiecką i pozostali w dywizji przede wszystkim żołnierze polskiego pochodzenia, a sprawnie zniknęli ich żydowscy koledzy, głównie oficerowie.

 Lenino

 

 

 

Gdy polscy żołnierze (na tej fotografii można ich łatwo rozpoznać po charakterystycznych "owijkach" na nogach) szli pod Lenino do ataku na Niemców i ginęli setkami, ich żydowscy koledzy, głównie oficerowie, pouciekali

z pola walki, niektórzy aż do Moskwy

i Sielc, a inni, którzy powinni w tym czasie "dowodzić", jak ppłk Wojnowski, leżeli odurzeni alkoholem,  lub,

jak ppłk Derks - pijani kopulowali

na tyłach ze swymi rodaczkami. 

   Berling, Wasilewska i ich żydowscy towarzysze mieli zatem naprawdę czym się martwić.

  

   Kompromitujący przebieg, a zwłaszcza katastrofalne skutki rzezi pod Lenino wykazały bowiem, że ich perfidne plany wytracenia w bitwie - rękami Niemców - polskich żołnierzy, ale z zachowaniem "stojących za ich plecami" zdolnych do działań oficerów żydowskich legły w gruzach.

 Lenino

 

 

 

 

 

Główna trójka żydowskich

działaczy Związku Patriotów Polskich: Wasilewska, Lampe i Berling

na tle żołnierzy 1. Dywizji Piechoty

w obozie organizacyjno-szkoleniowym

w Sielcach, jeszcze przed bitwą

pod Lenino.

   Bitwa pod Lenino udowodniła po raz kolejny znaną od dawna na całym świecie zasadę, że osoby pochodzenia żydowskiego mają owszem niespotykane zdolności w zakresie finansów i interesów, ale do walki zwyczajnie nie nadają się, chyba że będą strzelać z pistoletów maszynowych do arabskich wyrostków rzucających kamieniami lub z armat czołgowych do szkół i domów palestyńskich (jak to się dzieje od wielu lat w Palestynie).


   W związku z tym na telefoniczną prośbę wystraszonej Wasilewskiej (która doprowadziła do tej bitwy), w nocy z 13 na 14 października 1943 roku Stalin osobiście nakazał natychmiastowe wycofanie niezdolnej do dalszej walki 1. Dywizji Piechoty na tyły, aby doprowadzić ją do sprawności bojowej.

 

   Zajmowane przez 1. Dywizję Piechoty pozycje na styku z Niemcami przejęły zaś oddziały radzieckiej 164. Dywizji Strzeleckiej, która miała znaczną wartość bojową jako mniej nasycona oficerami żydowskimi.

 

Oskarżenia i intrygi po rzezi pod Lenino

 

   Po bitwie pod Lenino Wanda Wasilewska oskarżała gen. Berlinga o świadome zniszczenie 1. Dywizji Piechoty.

 

   Pomimo tego Stalin nie nakazał jednak rozstrzelać Berlinga (zresztą na prośbę Wasilewskiej), ponieważ byłoby to - katastrofalnym w sensie propagandowym - przyznaniem się do klęski, potwierdzeniem tragicznych realiów panujących w Związku Radzieckim ze zbrodniczymi działaczami żydowskimi na czele, a także upadkiem wszelkich planów "pozyskania" Polaków do popierania Związku Radzieckiego i wymyślonego przez żydów ustroju komunistycznego.

 Lenino

     

 

 

 

Na fotografii

Wasilewska zgodnie z typowym

zwyczajem dla komunistycznych działaczy pochodzenia żydowskiego (Lenina, Trockiego, Zinowiewa, Kamieniewa itd.) agituje polskich

żołnierzy 1. Dywizji Piechoty,

przemawiając z maski samochodu.

  

Pierwszy od lewej

na pierwszym planie Berling.

Obóz organizacyjno-szkoleniowy

w Sielcach, przed bitwą pod Lenino.

 

 

   Z kolei Berling (bojąc się zaatakować Wasilewską, a nawet odpowiedzieć na stawiane przez nią zarzuty, ponieważ mogłoby go to kosztować życie z uwagi na jej intymne kontakty ze Stalinem) zastosował typową żydowską intrygę - zrzucając winę na innych i równocześnie usiłując skłócić osoby o innym pochodzeniu, które uznał za mniej "sprytne" od siebie: gen. Gordowa (Rosjanina) i marszałka Sokołowskiego (Polaka).

 

   W raporcie do dowódcy radzieckiego Frontu Zachodniego marszałka Sokołowskiego Berling oskarżał gen. Gordowa - dowódcę 33. Armii radzieckiej (w której składzie walczyła 1. Dywizja Piechoty) o liczne błędy, bierność i brak pomocy ze strony sąsiednich dywizji radzieckich. Berling zdawał sobie sprawę, że raport ten trafi w ręce Stalina i zakładał, że może on wyciągnąć straszne wnioski wobec tych dowódców. Dodatkowo przypuszczał, że wiedząc o tym i w obawie o konsekwencje wobec siebie marszałek Sokołowski może poprzeć go w tych zarzutach, zrzucając winę na gen. Gordowa, poświęcając go i tym samym skazując na pewną śmierć.

 

   Dodatkowa informacja: tego typu kalkulacje i straszne konsekwencje swych intryg Berling opierał na dobrej znajomości stalinowskich realiów Związku Radzieckiego. Niezbitym dowodem prawidłowości jego myślenia jest choćby fakt, że gen. Gordow faktycznie został później rozstrzelany, ale za zupełnie inne czyny i w innych okolicznościach.

 

   Zarzuty Berlinga były nie tylko nieuzasadnione, ale stanowiły perfidne kłamstwa. Gen. Gordow zachowywał się bowiem zgodnie z przekazanymi mu dyrektywami dowódcy Frontu Zachodniego, nie przewidującego żadnego natarcia jego armii i podległych mu dywizji, a jedynie ataki pozorowane dla wiązania sił niemieckich, zaś skrócenie przez niego czasu przygotowania artyleryjskiego było rozsądnym posunięciem, skoro wystrzeliwane pociski i tak trafiały w próżnię.


   Berling już przed bitwą (od pozostającej w stałym kontakcie ze Stalinem Wasilewskiej) doskonale wiedział o tych planach na tym odcinku frontu, a pomimo tego - zgodnie z planami żydowskich działaczy - parł do samodzielnej i samobójczej bitwy jego 1. Dywizji Piechoty z Niemcami.

Wasilewska

 

 

 

 

 

Wasilewska pozostawała

w stałym kontakcie ze Stalinem,

a nawet powszechnie uważana

była za jego kochankę. 

 

Na fotografii kadr z filmu

"Do krwi ostatniej...",

ukazujący Wasilewską i Stalina. 

 

 

 

Hoffman

   "Do krwi ostatniej..." - to polski film fabularny o tematyce wojennej z 1978 roku, w reżyserii Jerzego Hoffmana.

 

   Ukazuje historię 1. Dywizji Piechoty, oczywiście w sposób zupełnie kłamliwy: z pominięciem - zatajeniem niewygodnych faktów, zwłaszcza liczby, roli i zachowania osób o pochodzeniu żydowskim.

 

 

Jerzy Hoffman (ur. 1932) - to polski filmowiec:

reżyser i scenarzysta, o pochodzeniu żydowskim.

Jego ojciec Zygmunt Hoffman (zm. 1979)

służył w 1. Dywizji Piechoty.

   Także od dowódców sąsiadujących dywizji radzieckich (obu swych rodaków żydowskich) Berling wiedział, że dowodzone przez nich dywizje nie będą nacierać na pozycje niemieckie (do czego zresztą nie były zdolne - wyniszczone poprzednimi walkami), a jedynie będą pozorować ataki.


   Te oskarżenia Berlinga, mające na celu usprawiedliwienie jego zbrodni, były typowe dla jego postępowania zarówno przed wojną (gdy defraudował finanse dowodzonego przez niego pułku czy w skandaliczny sposób zagarnął majątek żony), w czasie wojny i po wojnie.

 

   W odpowiedzi gen. Gordow - w pełni zgodnie z prawdą - zarzucał kierownictwu 1. Dywizji Piechoty, głównie Berlingowi, nieudolne dowodzenie, brak rozpoznania sił niemieckich i miejsca walki, a także świadomie wytworzoną katastrofalną atmosferę w tej dywizji - ujawniając między innymi, że wskutek tej atmosfery ponad 600 polskich żołnierzy w trakcie bitwy dobrowolnie przeszło na stronę niemiecką.

 

Żydowska propaganda


   Przed, w trakcie i po bitwie pod Lenino żydowska propaganda komunistyczna (inspirowana przez kochankę Stalina i główną w tym czasie "polską" działaczkę żydowską w ZSRR Wandę Wasilewską - pełniącą funkcję przewodniczącego Związku Patriotów Polskich, a później wiceprzewodniczącego KRN - Krajowej Rady Narodowej) dokonywała znamiennych "cudów".
 

   Z "cudów" tych powszechnie wyśmiewali się nie tylko Polacy na Zachodzie, zwłaszcza z Armii Andersa, Polacy pozostający w okupowanej Polsce i nawet media (gazety i radia) w służbie niemieckiej, ale szczególnie Polacy służący w 1. Dywizji Piechoty, a później 1. Armii Wojska Polskiego w ZSRR.


   O oczywistych kłamstwach tej propagandy żydowskiej, które dość szybko wyszły na jaw, a związanych z "uśmierceniem w bohaterskiej walce pod Lenino" por. Adolfa Wysockiego (który faktycznie ze swą kompanią przeszedł na stronę niemiecką) i kpt. Juliusza Hibnera (który uciekł z pola walki i po paru tygodniach odnalazł się w Moskwie) już była mowa.

 

   Teraz przedstawiamy jeszcze kilka przykładów, unaoczniających, co żydowska propaganda usiłowała wmówić odbiorcom bezpośrednio po bitwie.

 

   Poniżej odnośny komunikat Sowinformbiura (Sowietskoje Informacionnoje Biuro = Radzieckie Biuro Informacyjne; w latach 1941-61 najważniejsza państwowa agencja prasowa ZSRR, niemal całkowicie opanowana przez agentów NKWD - żydów z Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego - w hebrajskim: יידישער אנטי פאשיסטישער קאמיטעט) o bitwie pod Lenino, zredagowany bez wątpienia z inicjatywy Wandy Wasilewskiej, pułkownika Głównego Zarządu Politycznego Armii Czerwonej.

  

   Komunikat zawiera oczywiste kłamstwa w postaci między innymi "przerwania niemieckiej linii obronnej", wzięcia do niewoli rzekomo "trzystu hitlerowców, w tej liczbie trzynastu oficerów niemieckich", zadaniu Niemcom "wielkich strat" i oparciu kontrataków niemieckich.

   

   "... Wypełniając bojowe zadanie dowództwa radzieckiego, polscy żołnierze oddziałów piechoty dywizji im. T. Kościuszki i czołgiści formacji pancernej im. Bohaterów Westerplatte przerwali niemiecką linię obroną w rejonie miasteczka L. i zdecydowanym atakiem wyparli Niemców z kilku miejscowości. Nieprzyjaciel poniósł wielkie straty w ludziach i sprzęcie bojowym. Polacy wzięli do niewoli trzystu hitlerowców, w tej liczbie trzynastu oficerów niemieckich.


   Niemieckie próby zatrzymania gwałtownego natarcia piechoty polskiej przy pomocy wielkiej liczby nurkujących bombowców oraz kontrataków wspomaganych przez zmotoryzowane działa ferdynand i czołgi nie miały powodzenia. Kontrataki niemieckie zostały odparte z wielkimi dla Niemców stratami..."

 

 Sowinformbiuro  Lewiatan  Sowinformbiuro

Od lewej: znak Sowinformbiuro; od prawej: siedziba Sowinformbiuro w Moskwie obecnie. W środku: główny lektor Sowinformbiuro o żydowskim pochodzeniu, które widoczne jest także w jego semickich rysach, Lewitan Jurij

(prawdziwie: Lewitan Judka Berkowicz; Левитан Юрий Борисович - Левитан Юдка Беркович; 1914-1983),

który czytał przez radio między innymi przytoczony komunikat.


  Z kolei żydowska Agencja Reutera za swymi żydowskimi pobratymcami z ZSRR podała o bitwie pod Lenino następujący komunikat:

   "Nareszcie nastąpił długo oczekiwany dzień, kiedy żołnierzom Dywizji im. T. Kościuszki dane było ruszyć do szturmu na Niemców i mścić się za swych braci i siostry umęczone przez faszystów niemieckich".

   

   Agencja Reutera (Reuters Group plc) to jedna z największych na świecie agencji prasowych, znajdująca się w rękach żydowskich. Założył ją w 1851 roku w Akwizgranie (Aachen) niemiecki żyd Paul Julius Reuter. Jej główna siedziba od 1939 roku znajdowała się w Londynie. Swą uwagę - jak przystoi na firmę żydowską - skupia na dostarczaniu kontrahentom głównie kursów akcji i walut).

 

 Reuters  Reuter Reuters 

Od lewej: logo Reutersa; od prawej: siedziba Reutersa. W środku: założyciel Reutersa niemiecki żyd Paul Julius Reuter (właściwie: Israel Beer Josaphat; syn rabina; 1816-1899; który zmienił wyznanie z judaizmu na chrześcijańskie).

 

   Natomiast organizacja skupiająca Amerykanów polskiego pochodzenia, opanowana przez komunistów i żydów - Polsko-Amerykański Komitet Unistów, w oświadczeniu pod charakterystycznym dla żydowsko-komunistycznej propagandy tytułem "Na drodze do Polski Demokratycznej" obwieściła:
   "Naród polski nie uległ, lecz walczy. Dumni jesteśmy z wyczynów bohaterskich partyzantów, bohaterskiej obrony Warszawy, wyczynów lotników polskich. Witamy radośnie zorganizowanie polskiej dywizji imienia bohatera Ameryki i Polski TADEUSZA KOŚCIUSZKI. Dywizja Kościuszki przy boku sławnej Armii Czerwonej przyczyni się do zwyciężenia naszego wspólnego wroga i przybliży dzień uwolnienia narodu polskiego z jarzma niewoli nazistowskiej, dzień powstania Polski Demokratycznej".

 

 Radio Moskwa  Wańkowicz  Wańkowicz

Od lewej: znak Radio Moskwa; Melchior Wańkowicz i jego książka "Wojna i pióro".

 

   A polski pisarz i dziennikarz Melchior Wańkowicz herbu Lis (1892-1974) po latach tak opisał żydowsko-komunistyczny szał propagandowy po bitwie pod Lenino ("Wojna i pióro", Wydawnictwo MON, Warszawa 1974, strona 490):
   "Posypały się gratulacje, listy, artykuły. Liczne telegramy od Polonii amerykańskiej. Moskiewskie radio, nie nazbyt otwarte naonczas dla wielu, zaprasza polskich oficerów przed swe mikrofony".


   Dla sprostowania treści tej wypowiedzi warto dodać: opanowane przez żydów Radio Moskwa zapraszało nie "polskich", tylko żydowskich "oficerów".

 

Podsumowanie

 

   Jak wynika z przywołanych faktów i liczb, które są bezsporne i bezdyskusyjne, bitwa pod Lenino była ogromną militarną i polityczną klęską.


   Klęskę tę ponieśli jednak nie polscy żołnierze, a kierujący nimi i usiłujący cynicznie wykorzystać ich do swych perfidnych celów żydowscy przywódcy. W bitwie pod Lenino Polacy wykazali tak typowe dla nich bohaterstwo w walce, a honor i godność okupili krwią setek zabitych i rannych, zaś żydzi jak zwykle wystawili Polaków na rzeź, jako oficerowie "tracili zdolność do dowodzenia" i haniebnie pouciekali z pola walki.  


   To przecież Polacy byli wśród setek tych, którzy w tym boju zginęli, zostali ranni (i na podstawie zbrodniczego rozkazu ich żydowskiego dowódcy Berlinga pozostawieni bez pomocy na polu bitwy) lub poszli do niemieckiej niewoli. Ci natomiast, którzy uciekli z pola walki jeszcze przed bitwą lub w jej trakcie, a odnalezieni zostali dopiero w Moskwie i Sielcach, byli przede wszystkim żydami (z niewielką liczbą osób o pochodzeniu polskim i rosyjskim).


   Mało tego, z całą mocą należy podkreślić, że występek tych, którzy tak haniebnie zawiedli, był tym bardziej ciężki, ponieważ pełnili zwykle funkcje oficerów lub podoficerów, czyli odpowiadali za powierzonych im żołnierzy i - zgodnie z honorem oficerskim - powinni być wzorem dla szeregowców. Ale osoby o tym pochodzeniu, jak to powszechnie wiadomo, honoru nie mają. Kierują się tylko własnymi korzyściami, najlepiej gdy są one materialne. 

 Lenino

   

Kolejny przykład żydowskiej perfidii i zakłamania.


Choć osoby o żydowskim pochodzeniu odegrały w bitwie pod Lenino wyjątkowo haniebną rolę, wysyłając Polaków na rzeź i uciekając

z pola walki, to oczywiście "zadbały" o to, aby przed pomnikiem na cmentarzu polskich żołnierzy pod Lenino obok krzyża katolickiego

i prawosławnego znalazła się macewa z gwiazdą Dawida,

i to w takiej postaci, jak widać gołym okiem.

Chyba ta macewa z żydowskim znakiem triumfu

ma przypominać, że niemal wszyscy dowódcy

i oficerowie 1 Dywizji Piechoty byli żydowskiego pochodzenia.

 

   Bitwa pod Lenino wykorzystywana była przez długie lata w Polsce do celów propagandowych jako przykład niezwykłego patriotyzmu i waleczności polskich żołnierzy oraz polsko-radzieckiego braterstwa broni.

  

   I słusznie, bo to wszystko prawda. Tyle, że przez długie lata ukrywano haniebną rolę, jaką w tych wydarzeniach odegrały osoby o pochodzeniu żydowskim. Ale to właśnie osoby o tym pochodzeniu kreowały tę propagandę.

  

   W latach 1950-91 rocznica tej bitwy - dzień 12 października była obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

 Lenino  Lenino

Pamiątkowy medal wybity w 1987 roku

z inicjatywy Towarzystwa Wiedzy Obronnej.

Ukazuje kompromitację żydowskiej propagandy

i brak znajomości podstawowych realiów:

oficer biegnący z pistoletem pod Lenino

nie miał "owijek" na nogach, jak żołnierze,

tylko buty z cholewami, i nigdy nie był

dodatkowo wyposażony w pepeszkę. 

Znaczek pocztowy z 1968 roku upamiętniający bitwę pod Lenino, przedstawiający propagandowy obraz M. Byliny z 1953 roku.

Bezsens tego kłamliwego obrazu i jego całkowita niezgodność

z realiami pod Lenino omówione zostały przy wcześniejszym przedstawieniu tego "dzieła". Czołgi pod Lenino nie współdziałały

z piechotą i odwrotnie, a oficer oprócz pistoletu nie mógł być wyposażony w "pepeszkę". Ale żydowska propaganda oparta na

kłamstwach zawsze kończy się obnażeniem niewygodnej prawdy.

   

  Bitwa pod Lenino na zawsze powinna pozostać w pamięci narodu polskiego jako symbol ofiarności i waleczności polskich żołnierzy, ale równocześnie ich tragedii - cynicznego wykorzystania ich tragicznej sytuacji i patriotyzmu przez nieudolnych i niekompetentnych przywódców o żydowskim pochodzeniu.

   

Lenino

Pomnik na cmentarzu wojennym polskich żołnierzy pod Lenino.

  

  Członkowie naszego Bractwa Liderów, podobnie jak całe polskie społeczeństwo, powinni zachowywać pamięć o tych wydarzeniach nie tylko dla prawdy historycznej i z poczucia przyzwoitości, ale kierując się przede wszystkim mądrością.

   
   Mądrość nie jest bowiem - jak się niektórym błędnie wydaje - wiedzą (jak w przypadku osób wykształconych i oczytanych), nie jest inteligencją (jak w przypadku osób z wrodzonymi uzdolnieniami) i wreszcie nie jest sprytem (jak w przypadku osób o pochodzeniu żydowskim).


   Mądrość to umiejętność wyciągania wniosków z błędów, popełnianych zarówno przez siebie, jak innych.


   Kierując się mądrością powinniśmy zatem - przywołując w pamięci i rozważając wydarzenia spod Lenino - wyciągać lekcję na przyszłość.


   Lekcja ta sprowadza się natomiast do jednego głównego wniosku: podobne sytuacje, jak pod Lenino, nie mogą się powtarzać. Społeczeństwo polskie nie może być ciągle cynicznie wykorzystywane przez obcych kulturowo i mentalnie parchów do ich perfidnych celów.

 

   Lekcję tę powinniśmy cenić jeszcze bardziej, wiedząc, że naród polski odrobił ją pod Lenino własną krwią - krwią swych bohaterów.

 Powązki

 

 

 

 

 

 

 

W celu uczczenia bohaterstwa polskich żołnierzy

w bitwie pod Lenino - z inicjatywy zasłużonych kombatantów - na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie postawiono Pomnik

poległych pod Lenino żołnierzy 1. Dywizji Piechoty.

Przewodniczącym Komitetu Budowy

tego pomnika był polski bohater wojenny

Henryk Leopold Jerzy Kalinowski - przewodniczący

Krajowej Rady Kombatantów Wojska Polskiego

i aktywny działacz naszego Bractwa Liderów

(członek najwyższych władz Bractwa).

  

Na fotografii:

Henryk Leopold Jerzy Kalinowski

przed tym pomnikiem.

 Lenino

 

 

 

 

 

Delegacja polskich kombatantów

pobiera ziemię z pola bitwy pod Lenino pod Pomnik poległych pod Lenino żołnierzy 1. Dywizji Piechoty, usytuowany na Cmentarzu

Wojskowym na Powązkach.

   

Pierwszy od prawej przewodniczący delegacji - Henryk Leopold Jerzy Kalinowski. 

 

   Krew polskich bohaterów przelana pod Lenino jest zatem i niech na zawsze pozostanie dla naszego narodu święta.

 

   Ale bohaterstwo i krew tych polskich bohaterów nie pójdą na marne, jeśli my wyciągniemy z tego wnioski. Niech przeszłość będzie dla nas wskazówką na przyszłość.

 

   W celu przypominania o tych wydarzeniach i konieczności wyciągania z nich wniosków nasze Bractwo będzie aktywnie włączać się w rocznicowe obchody bitwy pod Lenino.

 

  

UZUPEŁNIENIA - DOKUMENTY:


   Dalej - jako cenne uzupełnienie - prezentujemy kilka mało znanych lub zupełnie nieznanych (albo świadomie dotąd zatajanych) dokumentów. 

  

   Ich wstrząsająca treść w pełni potwierdza wszystkie tezy, przedstawione w tym skromnym opracowaniu.

  

   Przede wszystkim treść tych dokumentów obnaża oczywiste kłamstwa Berlinga i jego żydowskich towarzyszy na temat bitwy pod Lenino, które to kłamstwa powtarzali następnie przez 70 lat żydowscy propagandyści i "historycy", a za nimi "szczekający jak pies za swym panem" ich słudzy polskiego pochodzenia (szabes-goje).


   Treść tych dokumentów wywraca do góry nogami wszelkie, podawane przez tych kłamców cyfry dotyczące między innymi liczby zabitych, rannych czy wreszcie wziętych do niewoli.


   Dokumenty te ujawniają także, że - wbrew kłamstwom żydowskim - oddziały polskie w pierwszym dniu bitwy pod Lenino zajęły "nie napotykając oporu" wioskę Połzuchy i część wioski Trygubowa, ponieważ Niemcy wycofali się z nich (w domyśle: aby umożliwić Polakom przechodzenie na ich stronę, co się sprawdziło). Potwierdza to nie tylko raport dowództwa radzieckiej 33. Armii, ale także zgodne relacje polskich żołnierzy, którzy przeszli na stronę niemiecką.


   To samo dotyczy kwestii wioski Trygubowa. Berling i jego żydowscy pobratymcy uporczywie kłamali, jakoby podlegli mu żołnierze zmuszeni byli wycofać się z tej wioski, ponieważ zajmująca pozycje obok radziecka 290. Dywizja Strzelców nie wykonała zadania i przez to wystawiła jego lewe skrzydło na atak niemiecki. Tymczasem z dokumentów wynika, ze było dokładnie odwrotnie !

  

   W podobny sposób dokumenty obnażają kolejne kłamstwo Berlinga i jego żydowskich rodaków, jakoby w bitwie pod Lenino dowództwo radzieckiej 33. Armii pozbawiło 1. Dywizję Piechoty wsparcia ze strony lotnictwa.

  

   Tymczasem z dokumentów niemieckich wynika, że w bitwie pod Lenino 12 października 1943 roku 337. Dywizja Piechoty wzięła do niewoli między innymi 1 jeńca z pułku lotnictwa myśliwskiego i 1 jeńca z pułku lotnictwa szturmowego, co jednoznacznie dowodzi, że ich samoloty musiały zostać strącone przez Niemców nad ich pozycjami. Fakt ten świadczy ponadto, że radzieckich samolotów użyto w tej bitwie znacznie więcej, ponieważ nigdy Niemcom nie udawało się strącić wszystkich atakujących ich maszyn.

 

MELDUNEK DOWÓDCY 33. ARMII GEN. GORDOWA

z 17 PAŹDZIERNIKA 1943 ROKU

 

   Meldunek ten jest najcenniejszym dokumentem, przedstawiającym kompleksowo bitwę pod Lenino i to zaraz po tym wydarzeniu. Duże wrażenie robi zwłaszcza widoczna w tym dokumencie fachowość oglądu sytuacji, opieranie się na źródłach (w tym przywoływanie oczywistych kłamstw Berlinga) i przenikliwość ocen.

  

   Dokument ten sporządzony został oczywiście w języku rosyjskim. Tu przytaczamy jego dosłowne tłumaczenie na język polski.

 

   1943 r., pażdziernik 17, Meldunek gen. płk. Gordowa dowódcy 33 armii dla dowódcy Frontu Zachodniego gen. armii Sokołowskiego o niewykonaniu zadania bojowego przez 1 Dywizję Piechoty w bitwie pod Lenino 12 - 13. 10. 1943 r.


[b] RADA WOJENNA 33 A
FRONTU ZACHODNIEGO
17. 10. 1943 r.
NK 3887

 

   Załączając opis działań bojowych 1 Polskiej Dywizji Piechoty w dniach 12 i 13. 10. 43 r. melduję, że :


   Dowódca 1 PDP gen. mjr Berling do opisu działań bojowych dywizji podszedł nieobiektywnie. Ukrył fakty wskazujące na niskie wartości bojowe i słabość moralną znacznej części stanu osobowego dywizji, co przede wszystkim przesądziło o zachowaniu dywizji w walce.


   Po wyjściu jednostek polskiej dywizji na przedni skraj, jeszcze przed rozpoczęciem natarcia, nocą z 11 na 12. 10. żołnierze pojedynczo i grupami (jak zeznali jeńcy : do 25 osób) dobrowolnie przeszli na stronę Niemców, przez co ujawnili ugrupowanie i plany armii, wykluczyli tym samym czynnik zaskoczenia naszego natarcia i dali przeciwnikowi możliwość przygotowania przeciwdziałania. Te fakty zdrady nie zostały na czas wykryte w dywizji i wyszły na jaw w czasie przesłuchań jeńców wziętych do niewoli w walce 12 i 13. 10. Na podstawie zeznań jeńców ustalono także, że w dzień natarcia 12. 10. część Polaków dobrowolnie poddała się do niewoli w Puniszcze i Trygubowej, co potwierdził dowódca dywizji, wezwany przeze mnie na punkt obserwacyjny 13. 10.


   Według danych sztabu 1 PDP straty w dniach 12 i 13. 10. wynoszą 2980 osób, w tym zabitych - 502, rannych - 1792, zaginionych bez wieści - 663 osoby. Należy przypuszczać, że z tej ostatniej liczby większość przeszła na stronę wroga.


   1 PDP zajęła położenie wyjściowe do natarcia nocą z 10 na 11. 10., a czołowymi batalionami wyszła na przedni skraj w nocy z 9 na 10. 10. Dowódca dywizji gen. mjr Berling miał do dyspozycji dwie doby do rozpoczęcia natarcia, ale uchylał się od prowadzenia rozpoznania przeciwnika 10 i 11. 10. motywując to brakiem gotowości do aktywnych działań i dopiero 12. 10. o 6. 00 dokonał rozpoznania walką przez jeden batalion.


   1 PDP po rozpoczęciu natarcia razem z 42 i 290 DP, w rezultacie przeprowadzonego silnego artyleryjskiego przygotowania ataku, nie napotykając oporu przeciwnika 12. 10. do 11. 00 zdobyła Połzuchy i północną część Trygubowej, na prawo lewoskrzydłowy pułk 42 DP zajął wzgórze 217, 6, na lewo 290 DP wyszła na zachodnie obrzeża Trygubowej.


   2 pp 1 PDP 12. 10. do 12. 30 czołowymi pododdziałami, wobec braku szczególnego oporu przeciwnika, zdobył Puniszcze. Podczas pierwszego nalotu lotnictwa przeciwnika i ostrzału artyleryjskiego dowodzenie w dywizji i w jej jednostkach zostało utracone, pododdziały na polu walki wymieszały się i dywizja przekształciła się w niekierowane tłumy ludzi. Wykorzystał to przeciwnik, przy pomocy nieznacznych sił przeszedł do kontrataku, w rezultacie którego część żołnierzy dywizji polskiej bez oporu poddała się do niewoli, a pozostali grupami i w chaosie wycofali się z Puniszcze i Trygubowej, odkrywając prawe skrzydło 290 DP. Prawoskrzydłowe jednostki 290 DP na skutek nagłego uderzenia przeciwnika na skrzydło zostały zmuszone do oddania Trygubowej. Dowódca 1 PDP i jego sztab 12. 10 o 14. 00 zameldował o braku amunicji do broni piechoty w 1 i 2 pp, czym motywowali pozostawienie Puniszcze i Trygubowej, nie starając się ustalić rzeczywistych przyczyn wycofania się jednostek.


   Rano 13.10 1 PDP wznowiła natarcie, ponownie zdobyła Połzuchy, które także jednostki 1 PDP oddały wieczorem 12. 10, i na tym zakończył się bój dywizji 13. 10.


   Zażądałem, aby dowódca 1 PDP wykonał postawione zadanie, ale on zameldował, że w pułkach zostało po 200 - 300 ludzi i dywizja nie zdoła wykonać zadania. Osobiście przeze mnie wezwany na punkt obserwacyjny dowódca dywizji gen. mjr Berling nie umiał zameldować mi, jaka jest liczebność jednostek i poniesione straty. Małą liczebność polskiej dywizji tłumaczy się tym, że stan osobowy rozbiegł się, a oficerowie nie mogli zebrać ludzi. Potwierdza to fakt, że sztab dywizji i sztaby pułków nie mogły ustalić strat i liczebności jednostek do 16. 10. Żołnierze, wałęsający się po polu walki i na tyłach, z trudem zostali zebrani dopiero 16. 10.


   Wskutek tego, że stan osobowy 1 PDP rozproszył się i - mając na podstawie zeznań jeńców dane o przejściu żołnierzy 1 PDP na stronę wroga - 13. 10. podjąłem decyzję : Zdjąć 1 PDP z frontu i wyprowadzić na tyły, co zostało natychmiast wykonane.


   Charakterystykę bojowej działalności 1 PDP, przedstawioną przeze mnie 13. 10. w pełni podtrzymuję. Uważam, że stan osobowy 1 PDP, bez jego dokładnego sprawdzenia i przygotowania, nie może prowadzić walki z Niemcami. Konieczna jest reorganizacja, przegląd stanu osobowego i doszkolenie dywizji.

 

                                                                                         podpisano:
                                                                             D - ca 33 A gen. płk Gordow
                                                                         szef sztabu 33 A gen. mjr Kinosjan

 

 

DANE NIEMIECKIEJ 337. DYWIZJI PIECHOTY

O LICZBIE POLSKICH JEŃCÓW I DEZERTERÓW POD LENINO

 

   Dane te - w pełni potwierdzone zgodnymi relacjami polskich żołnierzy - ujawniają, jakie faktyczne rozmiary miała akcja przechodzenia polskich żołnierzy na stronę niemiecką pod Lenino.

 

   W KTB (z załącznikami) 337. Dywizji Piechoty zapisano:

 

11.10.43:
do godziny 11.00 – 2 dezerterów z polskiego 1. pp (pierwsza informacja o polskich oddziałach przed frontem 337. dywizji)
do wieczora - 1 dezerter z polskiego 1. pp

 

12.10.43:
do godziny 4.00 – 5 dezerterów z polskiego 1. pp
około godziny 5.15 przed wzgórzem 215,5 – 80 jeńców z polskiego 1. pp (wg KTB 4. Armii - 74 jeńców).
około godziny 11.45 pod Trigubową – 150 jeńców z polskiego 1. pp
około godziny 12.30 pod Połzuchami – kilkudziesięciu jeńców z polskiego 2. pp
Razem 12.10.43 - 441 jeńców i dezerterów z 1. polskiej DP i 882. ps z 290. DS, 1 jeniec z 49. plotmyśl., 1 jeniec z 321 plotszturm.

 

13.10.43
w nocy pod Połzuchami – 13 dezerterów z polskiego 2. pp
Razem 13.10.43 – 39 jeńców z 1. polskiej DP (w tym z 1. ppanc), 42. i 153. DS, 150. kompanii karnej 33. Armii, 20. plot myśl, oraz 13 dezerterów z 1. polskiej DP.

 

14.10.43 
Razem w ciągu dnia 16 jeńców i 8 dezerterów z 1. polskiej DP, 42. i 157. DS

 

 

ZEZNANIA POLSKICH ŻOŁNIERZY 1. DYWIZJI PIECHOTY,

KTÓRZY PRZESZLI NA STRONĘ NIEMIECKĄ


 kraj szczęsliwości

 

 

Niemiecki plakat propagandowy, trafnie ukazujący

kraj żydowskiej szczęśliwości Związek Radziecki.


Przedstawia żydowskiego funkcjonariusza

komunistycznego w typowym dla tych proroków

przyszłości ubiorze i uzbrojeniu, znęcającego się

w więzieniu nad umierającymi z głodu kobietą

w łachmanach i jej dzieckiem, należącymi

naturalnie do innych, niż żydowski,

narodów zamieszkujących szczęśliwą

"ojczyznę światowego proletariatu". 

 

 

 

   Plakaty tego typu wywierały ogromne wrażenie na żołnierzach Armii Czerwonej - przedstawicielach różnych narodowości, którzy dobrze znali realia kraju żydowskiej szczęśliwości z własnego tragicznego doświadczenia i nie chcąc walczyć za żydów setkami tysięcy oddawali się do niemieckiej niewoli.

 

   Podobnie głębokie wrażenie plakaty te wywierały na żołnierzach polskich: Armii Andersa i 1. Armii WP.


   Na te realia kraju żydowskiej szczęśliwości jednoznacznie wskazują przedstawione dalej zeznania żołnierzy 1. Dywizji Piechoty. Treść tych zeznań ujawnia też, że te tragiczne realia wytworzone przez żydów były również w przypadku tych żołnierzy głównym motywem przechodzenia przez nich na stronę niemiecką.

   Poniżej prezentujemy kilka zeznań polskich żołnierzy 1. Dywizji Piechoty, którzy przeszli na stronę niemiecką.

   

   Zeznania te ujawniają motywy tych żołnierzy, a zwłaszcza traktowanie ich jak bydło (gojów) przez żydowskich oficerów ("stojących nad nimi z rewolwerem w ręku") w komunistycznym kraju żydowskiej szczęśliwości, jakim był Związek Radziecki.

 

   I w a s z k i e w i c z Feliks, starszy żołnierz, ur. 1925 w Hołosku pod Lwowem, zeznał:

   "Pod koniec roku 1939 zostałem aresztowany wraz z całą rodziną i wysiedlono nas do Kasakstanu. W dniu 15 maja 1943 wcielono mnie do polskiej dywizji w armii sowieckiej. Jako umundurowanie, my, żołnierze polscy, otrzymaliśmy stare zniszczone mundury po żołnierzach sowieckich oraz ich stare buty, a niektórzy z nas odebrali tylko mundur, a nie dano im żadnego obuwia. W dniu 12.10.43 wydano rozkaz do ataku. Postanowiłem sobie już dawno przejść do linij niemieckich, w tym celu postarałem się o opaskę Czerwonego Krzyża i jako sanitariusz przeszedłem na drugą stronę. Jedynym moim życzeniem jest abym mógł dalej żyć wspólnie z rodziną moją we Lwowie. Jestem nieskończenie wdzięczny za to, że udało mi się ujść z niewoli sowieckiej i że już za mną nie stoi żaden żydowski oficer z rewolwerem w ręku."

 

   J a c h e  Tadeusz, ur. 1925, żołnierz, zeznał:

   "W roku 1940 zaaresztowano mnie jako kolonistę na kresach wschodnich i wywieziono na Ural. Musiałem tam wraz ze starym moim ojcem pracować w kopalniach miedzi. W dniu [... fragment nieczytelny na załamaniu strony] mnie do wojska. Przydzielono [... fragment nieczytelny na załamaniu strony] 31.8.43 wysłano nas na front. Większość oficerów byli to żydzi. Wyżywienie było niesłychanie podłe. W dywizji polskiej było mnóstwo żydów. Żołnierze polscy nie chcieli się bić za bolszewizm, a każdy z nas miał tylko jedno życzenie, by jak najprędzej dostać się na stronę niemiecką. Miałem szczęście bo ucieczka udała mi się już po stosunkowo krótkim czasie. Jestem szczęśliwy, że się wydobyłem z bolszewii i że na wolnej stopie wrócić mogę do ojczyzny."

 

   T r ę b a c z Czesław, żołnierz, ur. 1925 w Lidzie, zeznał:

   "Ponieważ ojciec mój przeszedł na stronę niemiecką, zarzucono mi szpiegostwo, zaaresztowano mnie w dniu 20.5.41 i odesłano do Krasnojarska. Za najdrobniejszą niepunktualność dyktowano nam ciężkie kary. W dniu 26.5.43 powołano mnie do polskiej dywizji. W drodze okólnej  otrzymałem wiadomość od rodziców moich, którzy przebywali po stronie niemieckiej i odtąd wszelkimi siłami dążyłem do tego, aby dostać się do nich. Wyszkolenie moje trwało cztery miesiące, po czym odesłano na front, gdzie mi  udała się ucieczka zdawna planowana."

 

   P e r k o w s k i Mieczysław, starszy żołnierz, Polak, ur. 1925 w Warszawie, zeznał:

   "Do 1939 przebywałem w domu rodziców w Baranowiczach. pod koniec roku 1939 wysiedlono mnie wraz z rodzicami do Magnitogorska. Żyliśmy tam wszyscy w największej nędzy i głodzie. Sądziłem że poprawię sobie niesłychanie ciężkie położenie w ten sposób, że zgłoszę się na ochotnika do wojska. W czasie przeszkolenia uprawiano pośród żołnierzy silną agitację przeciwniemiecką [... fragment nieczytelny na załamaniu strony] po czym odtransportowano nas na front. Nie wierzyłem w propagandę bolszewicką, a wszelkie moje usiłowania zmierzały w tym kierunku, bym się mógł dostać do Niemców, a tym samym do domu. Już w czasie pierwszego ataku udała mi się ucieczka. Pragnąłbym teraz dostać się do Warszawy, aby tam znów rozpocząć pracę."

 

   C z e r w i ń s k i Franciszek, podoficer, ur. 10.12.1925, zeznał:

   "Mając lat pięć zacząłem chodzić do szkoły, a uczyłem się dobrze. W 12-tym roku życia chorowałem na tyfus. Po wyzdrowieniu przebywałem w uzdrowisku Zakopane aż do wybuchu wojny niemiecko-polskiej. W dniu 1 września przyłączył się mój ojciec do wojska polskiego, które cofało się przed bolszewikami. W nieobecności ojca rozpocząłem w domu pracę przy maszynach. W dniu 13 kwietnia wysiedlono mnie wraz z całą rodziną do Rosji Sowieckiej i przebywałem odtąd w Kasakstanie w ziemi pawłodarskiej. Naskutek wstrzymania się od pracy stawiono mnie przed sąd i skazano na sześć miesięcy więzienia. Aby uniknąć więzienia, zgłosiłem się dobrowolnie do dywizji polskiej. W drodze na front myślałem tylko o mej biednej matce, którą pozostawić musiałem w kraju bolszewickim w nędzy i rozpaczy. W najdalej naprzód wysuniętych rowach strzeleckich absolutnie nie myślałem o moim oddziele, a marzyłem tylko o tym, aby przedrzeć się przez linię frontu. W dniu 12.10. o godzinie czwartej rano obudził mnie huk armat, a towarzysze moi parli już naprzód. Spostrzegłem, że pozostałem sam, chwyciłem strzelbę i puściłem się za nimi w pogoń. Z całego mego oddziału zauważyłem tylko jednego strzelca, który pozostał w tyle, ponieważ nie umiał nabić karabinu maszynowego. Nie zważając na niego pobiegłem na prawe skrzydło, gdzie była lepsza możliwość przybliżenia się do rowów niemieckich. Kiedy znajdowałem się już w odległości 40 do 50 metrów od niemieckich rowów strzeleckich wystrzelono w górę rakietę oraz rozpoczęła się strzelanina. Padłem na ziemię i zacząłem wykopywać sobie wgłębienie. W tej dziurze leżałem spokojnie i czekałem aż się rozwidni. Po kilku minutach przypełzł do mnie pewien żołnierz niemiecki mówiąc do mnie: "Idź do naszego rowu strzeleckiego pókiś żyw!" Z radością powstałem i pobiegłem do rowów strzeleckich, gdzie ofiarowano mi papierosy i kawałek chleba z masłem. W kilka minut później zaprowadzono mnie do wsi, gdzie znajdowali się już moi koledzy. Ciągle myślałem i jeszcze teraz marzę o tym, aby pojechać do mojej wsi rodzinnej, zobaczyć znowu moich przyjaciół i znajomych, odwiedzić krewnych, pozostać jakiś czas w domu, a potem pójdę z radością do wojska, albo będę pracował. Będę pomagać, aby prędzej pobito przeklętych bolszewików, aby moja ukochana matka powróciła z dalekiej Syberii."

  
   C i e r i e s z k o Jan, były żołnierz Armii Czerwonej i 1. pułku piechoty 1. Dywizji Piechoty (przytoczona w książce Bolesława Dańko „Nie zdążyli do Andersa. Berlingowcy”, Polskie Studio Wydawnicze UNICORN, Londyn 1992) relacjonował:
   „Gdy odwróciłem głowę, ujrzałem Niemców. Byliśmy okrążeni ze wszystkich stron. Razem z innymi wstałem z ziemi i podniosłem ręce do góry. (…) Do mnie podszedł duży Niemiec, chwycił od przodu za hełm i począł ciągnąć do tyłu. Pasek od hełmu zaczął mnie dusić, więc rękami chwyciłem za hełm… w czasie tej szamotaniny spod hełmu wysunęła się furażerka z orłem. Gdy Niemiec to zobaczył zapytał
   - Rus?
   Odpowiedziałem:
   - Polak.
   Wtedy przestał mnie dusić, dał papierosa i po polsku powiedział:
   - Idź sta metrów do tyłu.
   Poszedłem zgodnie z jego poleceniem w nakazanym kierunku. Tam nas ustawiono w kolumnę i popędzono (…). Kolumna była dość duża. Tak na oko mogła mieć od 400 do 500 żołnierzy. (…)
   U schyłku zimy 1944 roku zostaliśmy załadowani do wagonów i zawiezieni do Stalagu XI Altengrabow, koło Magdeburga. (…) W obozie było nas ze dwustu spod Lenino…” 
  

 

WYCIĄG Z PROTOKOŁÓW PRZESŁUCHAŃ

NIEMIECKICH JEŃCÓW WOJENNYCH,
WZIĘTYCH DO NIEWOLI PRZEZ RADZIECKĄ 33. ARMIĘ

     
   Poniżej przedstawiamy wyciąg z protokołów przesłuchań jeńców wojennych Wehrmachtu, wziętych do niewoli w okresie 12-15 października 1943 roku, zebrane przez radziecką 33. Armię (WPH, R 1993, nr 3, s. 203):

 

   1. Jeniec z 2. kompanii 688. pp 337. DP, feldfebel służby medycznej Karl Krigbaum, wzięty do niewoli 12.10.1943 r. w rejonie na zachód od Lenino, zeznał:
   O planach natarcia Rosjan wiedzieliśmy wieczorem 11.10.1943 r. Wtedy na odcinku naszej kompanii przeszedł na naszą stronę żołnierz z polskiej dywizji stojącej przed nami. W mojej obecności dowódca kompanii por. Sztadelwajch, z pomocą naszego żołnierza — Polaka, przesłuchał zbiega, który powiedział, że jego ucieczka została spowodowana słabym, żywieniem w polskiej dywizji, i zeznał, iż przed frontem naszej dywizji Rosjanie wprowadzili polską dywizję, a na tym odcinku [natarcia Rosjan] ześrodkowano również osiem dywizji, znajduje się też wiele czołgów. Rosjanie planują rozpocząć natarcie 12.10. Rozpocznie się ono od przygotowania artyleryjskiego i bombardowania. Zbieg po przybyciu do nas, był wesoły, czuł się jak u siebie w domu i powiedział, ze tego dnia jeszcze kilku innych żołnierzy z polskiej dywizji zamierzało przejść na naszą stronę. Uciekinier ten przekroczył linię frontu na północ od Lenino po drodze do Trygubowej. Z kompanii skierowano go do batalionu. Nocą 11.10. kompania została powiadomiona telefonicznie, że kilku zbiegłych Polaków poinformowało o planach Rosjan dotyczących natarcia 12.10. w tym rejonie.

 

   2. Jeniec z 2. kompanii 688. pp, szer. Kurt Jogan, zeznał:
   12.10.1943 r. o świcie dowódca naszej kompanii uprzedził wszystkich żołnierzy, że Rosjanie o 8.00 rozpoczną artyleryjskie przygotowanie ataku, a o 10.00 będzie drugie artyleryjskie przygotowanie i nastąpi natarcie rosyjskiej piechoty. Jesteśmy zobowiązani do obrony rubieży do ostatniego żołnierza.

 

   3. Jeniec z 12. kompanii 688. pp, podoficer, dowódca plutonu Adolf Guj, wzięty do niewoli 12 km na zachód od Lenino 12.10., zeznał:
   11.10.1943 r. dowódca kompanii powiedział, że Rosjanie w dniu jutrzejszym planują natarcie. Przed nami znajduje się dywizja polska, dobrze uzbrojona, która jeszcze nie brała udziału w walkach. Dywizja posiada 50 czołgów. Natarcie Rosjan rozpocznie się 12.10. od artyleryjskiego przygotowania wstępnego o 8.00 i głównego o 10.00. Oprócz tego dowódca kompanii powiedział, że Rosjanie ściągnęli do tego rejonu osiem nowych dywizji. Informacje te, jak powiedział dowódca kompanii, pochodzą od zbiega z dywizji polskiej, który przekroczył front na odcinku naszej kompanii.

 

   4. Jeniec z 12. kompanii 688. pp, podoficer Karl Tot, zeznał:
   Wiemy o tym, że przed nami od kilku dni jest rozlokowana polska dywizja, wprowadzona przez Rosjan na przedni skraj. W rejonie obrony 2 kompanii naszego pułku i innych pododdziałów (jakich, nie wie) znajdowało się około 20 polskich zbiegów, którzy zeznali, że 12.10. o 8.00 Rosjanie rozpoczęli przygotowanie artyleryjskie, a o 10.00 powtórne przygotowanie artyleryjskie po którym piechota rosyjska przejdzie do natarcia. Polska dywizja jest dobrze uzbrojona, posiada 50 czołgów i około 12 000 ludzi, a jej zadaniem jest przerwanie przedniego skraju obrony Niemców.

 

   5. Jeniec z 3. kompanii 261. pp 113. DP junkier Eberhard, wzięty do niewoli 13.10. w rejonie na zachód od Lenino, zeznał:
   12.10.1943 o godz. 3.00 dowódca naszej kompanii otrzymał telefonicznie informację od sąsiada z lewej, dowódcy jednej z kompanii, że ma u siebie około 25 polskich uciekinierów z polskiej dywizji znajdującej się przed nami. Zbiegowie zeznali, że Rosjanie planują natarcie na 12.10.1943: godz. 8.00.

 

 

SPRAWA POR. ADOLFA WYSOCKIEGO,
NIEBYWAŁA KOMPROMITACJA PROPAGANDY ŻYDOWSKIEJ

 

 Wysocki

   Jako doskonałe podsumowanie zaprezentowanych informacji przedstawiamy wstrząsającą sprawę "bohaterskiej śmierci", "pogrzebu" i pośmiertnego odznaczenia za dzielność Orderem Krzyża Virtuti Militari dowódcy 3. kompanii 1. batalionu 1. pułku piechoty 1. Dywizji Piechoty por. Adolfa Wysockiego.

 

  Sprawa ta jest najbardziej typowym przykładem niebywałych i wręcz niewyobrażalnych kłamstw, jakie używała żydowska propaganda do osiągnięcia swych zbrodniczych celów - zniewolenia i ogłupiania Rosjan i innych narodów w kraju żydowskiej szczęśliwości Związku Radzieckim, a później Polaków w Polsce.

 

 

 

Adolf Wysocki.

Fotografia wykonana

we Włoszech w 1945 roku.

 

   Adolf Wysocki jako podoficer kawalerii walczył w wojnie obronnej Polski w 1939 roku.


   Później jako jeden z niewielu oficerów o polskim pochodzeniu trafił do 1. Dywizji Piechoty. W stopniu porucznika został dowódcą 3. kompanii 1. batalionu 1 pułku piechoty. Jak wspomniano wcześniej, ten 1 batalion (pod dowództwem mjra Bronisława Lachowicza) jako pierwszy rzucony został przez gen. Berlinga do samobójczego ataku na pozycje niemieckie, rzekomo w celu "rozpoznania bojem" umocnień niemieckich. Z batalionu tego nikt nie pozostał: jego żołnierze zginęli lub oddali się do niewoli niemieckiej.


   Aby ukryć te niewygodne fakty, żydowscy komunistyczni propagandyści (nawet w ogólnoradzieckim wydaniu najważniejszej gazety "Prawda" - nr 262 z 23 października 1943 roku) podawali kłamliwe informacje, że por. Wysocki nie tylko poległ bohaterską śmiercią pod Lenino, ale nawet został uroczyście pogrzebany! Według tej propagandy, w celu dodatkowego odwrócenia uwagi od masowego przechodzenia polskich żołnierzy na stronę Niemców, por. Wysocki miał się zastrzelić sam, ponieważ za żadną cenę nie chciał oddać się do niewoli niemieckiej.


   Za taką dzielność i gotowość oddania za nich życia (czego żydowscy działacze oczekiwali od wszystkich żołnierzy Armii Czerwonej i formowanych przy jej boku jednostek polskich) por. Wysocki został nawet "pośmiertnie" odznaczony Orderem Krzyża Virtuti Militari !

 

   To właśnie wtedy por. Wysocki wraz ze swą kompanią przeszedł na niemiecką stronę. Następnie wraz z innymi żołnierzami 1. Dywizji Piechoty był wożony przez Niemców po terytorium okupowanej Polski i w różnych miejscach (między innymi w Lublinie) opowiadał o okropnościach panujących w kraju żydowskiej szczęśliwości Związku Radzieckim i tratowaniu tamże Polaków przez żydowskich panów w skórzanych płaszczach niczym bydło, a także wzywając Polaków do pomocy Niemcom w walce z bolszewizmem.  

 Pius XII

    W 1944 roku Wysocki wyjechał nawet z kilkudziesięcioosobową grupą żołnierzy 1. Dywizji Piechoty do Rzymu, na audiencję u papieża Piusa XII, któremu opowiadał, do czego zdolni są żydzi i ich słudzy (szabes-goje).

 

 

Pius XII

(Eugenio Maria Giuseppe Giovanni Pacelli;

1876-1958) był papieżem w latach 1939-58.
Według izraelskiego dyplomaty Pinchasa Lapide (jego książka "Trzech papieży i Żydzi", 1967) przyczynił się do uratowania co najmniej 700 tysięcy żydów, a być może nawet 850 tysięcy. Dziękowali mu za to: prezydent Izraela Chaim Weizmann, premier Izraela Golda Meir i rabin Jerozolimy Icchak Herzog, a rabin Rzymu Israel Zolli w 1945 roku z wdzięczności przeszedł na katolicyzm!

   We Włoszech w maju 1944 roku (w okresie bitwy o Monte Cassino) Wysocki zaangażowany został przez Niemców w prace niemieckiej radiostacji "Wanda", do przedstawiania żołnierzom Armii Andersa realiów Związku Radzieckiego. Choć wszystkie audycje tego radia były niezwykle uważnie słuchane przez tych żołnierzy, to jednak nie wywarły na nich wielkiego wrażenia, jako że realia Związku Radzieckiego aż nadto dobrze znali z własnej autopsji.


   Po zakończeniu wojny por. Wysocki dobrowolnie oddał się w ręce żandarmerii 2. Korpusu Polskiego (Andersa) we Włoszech. Po przeprowadzonym śledztwie pod koniec 1945 roku został skazany (za nawoływanie polskich żołnierzy do dezercji) i zaraz amnestionowany.


   Następnie por. Wysocki wyemigrował do Argentyny. Po długim czasie, w latach 1990-tach Wysocki poprzez Ambasadę RP w Argentynie upominał się u kolejnych żydowskich władz Polski o przekazanie mu Orderu Krzyża Virtuti Militari, nadanego mu "pośmiertnie" przez żydowskich działaczy za oddanie za nich życia w bitwie pod Lenino.


Oświadczenie por. Wysockiego o jego "śmierci" i "pogrzebie"

 

   Poniżej przedstawiamy treść własnoręcznego oświadczenia por. Wysockiego jako odpowiedź na żydowską komunistyczną propagandę.

  

   Fotograficzna odbitka tego oświadczenia została zamieszczona w tygodniku "Gazeta Ilustrowana", wydawanym przez Niemców dla jeńców polskich w Rzeszy.

 

Odpowiedź

Porucznika Wysockiego Adolfa

na sowiecką gazetę "Prawda"

Nr 262 z dnia 23.10.1943 roku

 

   Dnia 28.11.1943 roku do rąk moich została mi doręczona gazeta, o której wyżej nadmieniam wzmiankę "Za swobodną i niepodległą Polskę", w której zostałem ja zupełnie zabity i pochowany.

 

   Zaznaczam że ja żyję, jestem zdrów, ani też nie byłem ranny, znajduje się w [... fragment nieczytelny na załamaniu strony]. Jak podają, że biłem się do ostatniego naboju, jest to kłamstwem wręcz przeciwnie - gdyż zupełnie zdawałem sobie sprawę, że każda moja kula mogłaby przynieść zwycięstwo komunizmowi.

 

   A ja osobiście jestem wrogiem komunizmu i za takowy zamiaru nie miałem walczyć, a "niepodległą i wolna Polskę" sowiecka Rosja - jestem tego pewny - nigdy nie wywalczy na czele z Wandą Wasilewską i jej zapatrywaniami komunistycznymi.

 

   Precz z komunizmem!!!

                                                                                        por. Wysocki Adolf

                                                                                    b. oficer b. Polskiej Armii

 

 

Odezwy por. Wysockiego z 10 lipca 1944 roku


   Poniżej przedstawiamy treść dwóch identycznych odezw, podpisanych przez por. Wysockiego, datowanych na 10 lipca 1944 roku, a wydanych w Krakowie i Białymstoku.

  

   W formie ulotek były one na szeroką skalę kolportowane przez władze niemieckie na terenach okupowanej Polski. Dwa miejsca wydania uzasadnione były niemiecką strukturą administracyjną okupowanych ziem polskich: Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa, a Białystok głównym miastem pozostałych terytoriów.

 

ODEZWA

 

   POLACY! Zbliża się chwila, kiedy rozum dyktuje nam, iż musimy stanąć w obronie ziemi ojczystej.

   Gdyby Niemcy chcieli nas opuścić, dawno mogliby już to zrobić. Jednak nie uczynili tego. Natomiast walczą jak zaciekłe lwy.

   W tej walce i my im pomożemy. Weźmiemy łopatę do ręki, będziemy kopali okopy. Tak zbudujemy linię obronną, przez która nie przejdą bolszewicy. Tym sposobem wykażemy światu, że nie ma miejsca dla komunizmu w Europie, że musi on zginąć i że my nie chcemy  opuścić rodzinnego miasta.

   Zwracam się do Was, Rodacy! Poświęćcie się i stańcie ramię w ramię do walki przeciw sowieckim bandom z polską odznaką biało-czerwoną. Zgłoście się pod dowództwo porucznika Adolfa Wysockiego, który w stosunkowo krótkim okresie wojennym został już trzy razy pociągnięty na front.

   OCHOTNICY! Zgłaszajcie się do kancelarii, która mieści się w Białymstoku przy ulicy Sienkiewicza 65 (Erich-Koch-Str. 65), aby zapisać się i odbyć krótkie przeszkolenie.

   Ochotnikom z prowincji ułatwiony będzie przejazd do Białegostoku.

 

   Białystok, dnia 10.07.1944                                                          Por. Adolf Wysocki

                                                                                               Były Kościuszkowiec.

 

   Na drugiej ulotce o tej samej treści znajduje się podpis:

 

   Kraków, dnia 10.07.1944                                                     

                                                                                         (-) Porucznik Adolf Wysocki                                  

                                                                                    b. członek Dywizji im. T. Kościuszki.

 

 

Archiwalne mapy:

  

   Poniżej prezentujemy "perełki" talmudycznej sztuki sztabowo-militarnej - trzy mapy wykonane zaraz po bitwie pod Lenino przez sztaby trzech pułków 1. Dywizji Piechoty: 1. pp, 2. pp i 3. pp, obsadzonych przez żydowskich "sztabowców".

  

   Uderzającą cechą tych map jest niezwykły prymitywizm, który uświadamia, że oficerowie, którzy nie potrafili nawet porządnie sporządzić map działań swych pułków, nie mogli tym bardziej normalnie dowodzić.

   

Lenino 

Schemat działań bojowych 1. pułku piechoty pod Lenino 12-13.10.1943, sporządzony przez sztab tego pułku.

 

Lenino

Schemat działań bojowych 2. pułku piechoty pod Lenino 12-13.10.1943, sporządzony przez sztab tego pułku.

 

Lenino

Schemat działań bojowych 3. pułku piechoty pod Lenino 13.10.1943, sporządzony przez sztab tego pułku.

 Szczególnie ta mapa poraża jako przykład talmudycznej żydowskiej sztuki sztabowo-militarnej. Już sam tytuł tej

mapy: "Szemat", dowodzi, że sporządzili ją żydzi, którzy słowo "schemat" skojarzyli z jakimś hebrajskim słowem

o podobnym brzmieniu, np. szemot (w hebrajskim: שמות ) = "imiona" (nazwa pierwszej księgi Tory, zwanej popularnie Księgą Wyjścia). Kolejne dwa słowa: "osiągniątego" i "rubieżu" także wskazują, że ich autor na pewno doskonale

znał żydowski żargon jidysz, a języka polskich gojów (bydląt) nawet nie starał się poznać.

 

Lenino

Schemat inżynieryjnego przygotowania obrony (rozmieszczenie schronów, okopów i stanowisk bojowych)

przez niemiecką 337. Dywizję Piechoty, według rozpoznania sztabu radzieckiej 33 Armii na dzień 3.10.1943.

W porównaniu do poprzednich map od razu widać tu dokładność wykonania i precyzję naniesionych danych.

Mapę tę jednak sporządzili prawdziwi wojskowi fachowcy, a nie - jak w przypadku trzech poprzednich -

osobnicy, myślący tylko o Syjonie, Talmudzie, interesach i marksizmie.

 

Fragment książki Alojzego Srogi: "Początek drogi - Lenino"

 

 Sroga

   Przedstawiamy także fragment książki Alojzego Srogi pt. "Początek drogi - Lenino" (Wydawnictwo MON, Warszawa 1978, 536 stron), w którym opisuje słynne wysłanie przez żydowskich zwierzchników na "rozpoznanie bojem", a dokładnie na śmierć 1. batalionu 1. pułku piechoty 1. Dywizji Piechoty.


   Treść tego fragmentu wspomnianej książki - choć w ogólnych zarysach prawdziwie oddaje atmosferę bitwy - jest charakterystycznym przykładem zniekształcania podstawowych faktów, a szczególnie ukrywania żydowskiego pochodzenia większości oficerów 1. Dywizji Piechoty i ich haniebnego zachowania się.

 

   W przywołanym fragmencie przejawiają się postaci oficerów wspomnianych w tym opracowaniu:

  • ppłka Franciszka Derksa (żydowskiego dowódcy 1. pułku piechoty, który uciekł z pola walki pod Lenino i pijany kopulował z żydówką Klarą Jung w opuszczonym okopie daleko za linią frontu),
  • mjra Bronisława Lachowicza (Polaka, który dowodził 1 batalionem 1 pułku piechoty i wysłany wraz z nim na pewną śmierć bohatersko zginął w walce),
  • por. Adolfa Wysockiego (który z nienawiści do prześladujących go żydów-komunistów przeszedł ze swą kompanią na stronę Niemców i później demaskował w publikacjach i audycjach radiowych żydowską propagandę o bitwie pod Lenino oraz służył Niemcom między innymi w bitwie pod Monte Cassino).
 Sroga

   Warto zwrócić uwagę na opisane przez Alojzego Srogę z niezwykłą dokładnością zachowania, wypowiedzi słowa i nawet odczucia poszczególnych bohaterów fragmentu (choć nie mogli przekazywać informacji o nich, ponieważ zginęli lub - jak Wysocki, po przejściu na stronę Niemców - zupełnie co innego relacjonowali).


   Alojzy Sroga (1927-1980) - to dziennikarz i pisarz, autor kilkunastu książek o tematyce wojennej.


   Początkowo partyzant AK na Lubelszczyźnie, w latach 1944-46 służył w 1. Armii Wojska Polskiego jako z-ca ds. polityczno-wychowawczych (politruk) dowódcy 2. kompanii fizylierów 7. pułku 3. Dywizji Piechoty.


   Dwukrotny kawaler Krzyża Walecznych, ranny w szturmie Kołobrzegu i później na przedpolach Berlina.


   Potem zdobył tytuł magistra chemii i od 1951 roku mieszkał w Warszawie. Pracował w Polskim Radiu (od 1960 roku jako zastępca redaktora naczelnego III Programu). Major rez. Wojska Polskiego. Pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

 

 

Grób mjra Alojzego Srogi na Cmentarzu

Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

 Sroga

   O swoich kompetencjach Alojzy Sroga tak sam napisał:
   "Nie brałem udziału w bitwie pod Lenino. (...)
   Ten fakt był przeszkodą w pisaniu książki. Nie znałem realiów bitwy. Realiów nie tych wielkich, stosunkowo łatwych do ustalenia, ale małych, pozornie drobnych, składających się jednak na klimat dywizji. Na klimat marszu. Na klimat i obraz walki. Wielokrotnie odczuwałem ten brak".

 

 

Okładka innej książki Alojzego Srogi - "Lenino 1943" (Wydawnictwo MON, Warszawa 1969),

napisanej w tym samym tonie.


   Już sam rysunek na tej okładce unaocznia fałsz, który z uporem maniaków różni "historycy" żydowscy i ich polscy słudzy (szabes-goje) rozpowszechniali o bitwie pod Lenino: żołnierz z pepeszą w jednej ręce i polską flagą w drugiej biegnie obok czołgu. Tymczasem pod Lenino nie było żadnego współdziałania czołgów z piechotą i odwrotnie, a żaden z polskich żołnierzy nie niósł pepeszy równocześnie z flagą.


   Doprawdy nie wiadomo, po co rozpowszechniane były takie kłamstwa, szyte grubymi nićmi i obliczone na totalną niewiedzę i brak orientacji czytelników ?


   Czy nie wystarczyłoby przedstawianie po prostu prawdy ?

  

   Z prawdą kłamstwo (nawet w wykonaniu żydowskim, czyli najbardziej sprytnym i ukrytym) nigdy przecież nie wygra, a i Chrystus głosił: Prawda was wyzwoli.   

   A oto odnośny fragment książki Alojzego Srogi "Początek drogi - Lenino":

 

   "... Minęła godzina piąta, dnia dwunastego października 1943 roku.
   Do ziemianki dowódcy pierwszego batalionu, majora Bronisława Lachowicza, umieszczonej na stoku wąwozu we wsi Moisiejewo, przybył dowódca pułku ppłk Franciszek Derks. Oczy ma przekrwione. Bezradnie gładzi się po ostrzyżonej na jeża czuprynie. Wstali z uszanowaniem: Lachowicz i jego polityczny zastępca, podporucznik Roman Paziński, a także przebywający chwilowo w ziemiance, po maratonie błogosławieństw, ksiądz-kapelan major Franciszek Kubsz i kilku innych oficerów.
   Pazińskiego zbudzono przed chwilą.
   Jeszcze rozespany, nie kojarzy słów dowódcy pułku z oczekującą ich sytuacją.
   Podpułkownik Derks mówi powoli, jakby z odcieniem tłumaczenia się, że to nie jego decyzja.
   - O godzinie szóstej zero-zero, po krótkiej nawale artyleryjskiej I dywizjonu I palu wasz batalion, majorze, przeprowadzi rozpoznanie walką. Nieprzyjaciel podobno się wycofał. Istnieje możliwość przekształcenia rozpoznania w natarcie.

   Lachowicz nie panuje nad słowami i gniewem.
   - Fryc siedzi w okopach. Nie dalej jak o trzeciej posłałem patrole. Ostrzelano je. Rozpoznanie walką to pewna zguba.
   Derks wzrusza ramionami.
   Żegnają go grobową ciszą.
   Lachowicz potoczył wzrokiem po stojących oficerach. Zatrzymał dłużej oczy na poruczniku Stanisławie Olechnowiczu, szefie sztabu batalionu. Z irytacją machnął ręką.
   - No i gówno z batalionu! Gówno!
   - Siadajcie - zreflektował się - cóż tak będziemy stać, jak na... weselu.
   Ugryzł się w język. Przecież jest ksiądz...
   - Słuszaj, Stach - Lachowicz już mówi spokojnie, przywołał nad mapę Olechnowicza. Nachylił się i Paziński.
   - Nie ma sensu tracić całego batalionu. Puszczę drugą i trzecią kompanię. Pierwsza niech zostanie na dotychczasowych stanowiskach. Ruszy z natarciem całej dywizji. Która godzina? - spytał przytomnie.
   - Minęła piąta trzydzieści pięć.
   - Biegiem do kompanii!...
   ... Bliżej było do drugiej kompanii. Zadyszany Lachowicz rzuca w pośpiechu Dumiczowi rozkazy. Ściągnięto i jego sąsiada, porucznika Adolfa Wysockiego. Na jego okrągłej, piegowatej twarzy pojawia się zły grymas. I jakby zupełnie nie na temat zauważa:
   - Żołnierze mają podarte buty. Jak tu walczyć...
   Lachowicz osadza go krótkim, dosadnym, niezbyt cenzuralnym słowem. Zaczyna działać przedbitewna gorączka.
   Już zadudniły działa I dywizjonu I pal.
   Dumicz rzucił przez ramię Tymickiemu:
   - Tadek, leć w lewo, ja w prawo. Podnosić kompanię! Kierunek - rzeka. Potem wzgórze.
   Z Dumicza opadły nocne, niepokojące go myśli. Sam już walczył. Po raz pierwszy ma poprowadzić kompanię w bój.
   Nie pora teraz na czarne myśli, obawy, zastrzeżenia, wewnętrzne jątrzenia. Liczy się tylko działanie.
   Budzi drzemiących, szarpie ich za łokcie, potrząsa twardo śpiącymi.
   - Naprzód! - ryknął chorąży Dumicz.
   Dobył z kabury pistolet.
   - Naprzód, za mną!
   Oszołomieni rozkazem, ciężcy od snu i majaków, wyskakują  żołnierze na koronę okopów. Skaczą tuż za Dumiczem, Tokarzem, Ratajczakiem i Tymickim w grząskie bagna. Po kostki, powyżej nich.
   Cichnie krótki nalot artyleryjski. Wpadli po brzuchy, pasy, piersi w zimną, kolącą wprost wodę Mierei. Wysoko w górze dzierżą żołnierze karabiny, pepesze i dziesięciostrzałowe SWT. Chlupie woda. Rwą, rozgarniając wolną ręką jej nurt, ku zachodniemu brzegowi...
   Druga kompania dostaje się w krzyżowy ogień. Już wzięła pierwszą transzeję, wygniotła, wystrzelała, wytłukła stawiających opór. Naprzód, naprzód skokiem do następnych rowów. Dumicz dostaje kulą w prawe ramię. Biegnie dalej, jakby nic się nie stało. Kątem oka spostrzega kilku swoich żołnierzy. Biegną, to dobrze. Nie zatrzymali się w pierwszych okopach. Chorąży przebiega jeszcze kilkanaście metrów. Z ręki wysuwa mu się pistolet, jakby przez kogoś wyłuskany.
   - Co jest? - zdumiewa się Kazimierz Dumicz. Broń wisi na pasku, ręka bezwładnieje, w koniuszki palców drze się zimno.
   Już blisko drugiej linii okopów, Dumicz czuje nagłe ciepło w nodze. Pada.
   - Jestem ranny?...
   Chorąży na leżąco pisze kartkę do dowódcy batalionu. Melduje o okrążeniu przez hitlerowców. Bez amunicji. Wysyła jednego gońca, po półgodzinie drugiego. Nie wracają. Nie ma odpowiedzi.
   Na prawo podporucznik Łajkowski, który najdalej z trzeciej kompanii wyrwał się ze swym plutonem do przodu, także krytycznie ocenia powstałą sytuację.
   Po aptekarsku wydawano z wieczora amunicję. Mówiło się półgłosem, że pułk «nie podjął należnych mu kilku jednostek ognia». Puste magazynki pepesz, pusto w «talerzach» do rkm.
   Łajkowski pisze meldunek do znajdującego się nieco w tyle porucznika Adolfa Wysockiego. «Okrążają nas. Brak amunicji».
   Nie ogranicza się do meldunku. Ręką przywołuje kilku najbliżej leżących żołnierzy.
   - Zbierać niemiecką broń i amunicję.
   Już się na dobre rozwidnia, jedynie mgła otula ich jeszcze białym całunem. Widać jednak zza niej sylwetki atakujących z prawa niemieckich fizylierów.
   Słychać ich kroki, gardłowe, krótkie komendy.
   - Strzelać tylko na mój rozkaz - komenderuje Łajkowski.
   Zebrali co nieco broni i amunicji.
   Major Lachowicz posyła do walczących kompanii gońca. Kosi go przypadkowa seria, podobnie jak poprzednio dwóch łączników posłanych z drugiej kompanii przez chorążego Tymickiego.
   Zastępca dowódcy kompanii do spraw polityczno-wychowawczych, obecnie również i dowódca kompanii, pożycza od żołnierza łopatkę. Wygrzebuje jamkę, zakopuje się głębiej. Niebezpiecznie dużo sypie się odłamków. Obok jęczy żołnierz bez obu nóg. Tymicki podciąga go bliżej, do siebie, próbuje szeptać uspokajające słowa. Ranny kona mu na rękach.
  Chorąży Stanisław Tokarz jest cały spocony z przejęcia. Z kilkoma żołnierzami znalazł się szczególnie blisko kontratakujących Niemców. Ostatnie naboje do pepeszy. Wystrzelał już z pistoletu cały zapas magazynków. Kurczowo ściska granat. Jeszcze trzeba chwilę wytrzymać. Podejdą bliżej. «Nie nażyłem się długo. Dziewiętnaście lat. Półtora miesiąca temu dostałem oficerską gwiazdkę».
   Majaczą już wrogie sylwetki.
   - Haende hoch, haende hoch! - ryczą butnie biegnący fizylierzy...
   Żołnierze oglądają się do tyłu. Nie przejdzie się teraz, nie wróci, do bagien, do rzeczki, przez piekielny ogień jazgocącej ze wzgórza broni maszynowej.
   Moździerze jednostajnie stukają w ich przypadkowo zajętą obronę. Granaty padają gęsto i diablo celnie.
   Mieszają się jęki polskie z nielicznymi niemieckimi. Słychać czyjś przeraźliwy, przedśmiertelny krzyk i jakby cichy płacz. Wschodni stok wzgórza 215,5 obficie rosi polska krew. Pełno jej. Spłowiała, zdeptana, jesienna zieleń syci się czerwienią.
   Chorąży Tadeusz Tymicki pamięta z wieczornej odprawy, że o godzinie ósmej dwadzieścia ma się rozpocząć nawała artyleryjska. Tak ustalono.
   Błagalnie ogląda się do tyłu.
   Kiedy zagrzmią działa? Za ich głosem pójdzie lawina dywizji...
   Nie wie Tadeusz, że w tym czasie dowódca armii polecił przesunąć o całą godzinę rozpoczęcie przygotowania artyleryjskiego. Ciężka, stojąca mgła utrudnia obserwację celności ognia.
   Ściśnięte, blisko siebie, jakby chciały się ogrzać, słyszeć bicie swych zbiorowych serc, leżą druga i trzecia kompania strzelecka. Raczej to, co z nich zostało. Z drugiej pozostało około sześćdziesięciu żołnierzy, z trzeciej - pięćdziesięciu. Przed Miereją obie liczyły po przeszło stu pięćdziesięciu ludzi...
   - To nie rozpoznanie, to masakra! - rwie sobie włosy z głowy porucznik Olechnowicz. - Nie ma batalionu, nie ma batalionu...
   Major Lachowicz, posępny jak listopadowa noc - co z tego, że miał rację kilka godzin temu - melduje do sztabu pułku o wynikach rozpoznania.
   - Nie ma łączności. Z obu kompanii prawdopodobnie niewiele zostało.
   Mgła powoli unosi się w górę, snuje jeszcze ociężale pod białoruskimi wzgórzami...
   Pierwszy batalion nadal ocieka krwią..."

 

 Anegdota wojenna: orły i Lwy

 

    Charakterystyczne zachowanie się osób o żydowskich korzeniach pod Lenino trafnie ilustruje doskonała wojenna anegdota rosyjska.


   Opowiedział ją autorowi 17 sierpnia 2016 roku jeden z polskich kombatantów, który przeszedł szlak bojowy w szeregach 1 Armii Wojska Polskiego aż do szturmu Berlina włącznie.

 

    Tuż przed zbliżającym się natarciem do oddziału Armii Czerwonej przybył nowy dowódca, Rosjanin, w miejsce poprzedniego, który poległ. W wyznaczonym czasie krzyczy do żołnierzy z tego oddziału:
   - Do ataku, orły ! Na wroga !
   Żołnierze siedzą jednak w okopie bez ruchu. Dowódca znów krzyczy:
   - Na wroga, orły ! Do ataku, orły !
   Widząc, że znów żołnierze nie reagują, zwraca się do kilku najbliższych:
   - No czemu, orły, nie idziecie do ataku ?
   - Bo my nie orły, tylko same lwy - odpowiada jeden z żołnierzy.
   - Jakże to ? - zdumiał się dowódca.
   - A tak to - odpowiada żołnierz - Ja na przykład jestem Lew Abramowicz, ten obok to Lew Bronsztejn, tamten to Lew Wildsztajn, tamten to Lew Blumsztajn, a tamten to Lew Rywin. My same Lwy, a nie orły.

 

  




Użyte tu fotografie i teksty należą do właściciela tej strony.
Kopiowanie lub wykorzystywanie jakichkolwiek fotografii
lub fragmentów tekstu bez pisemnej zgody właściciela strony jest zabronione.
Naruszenie tych praw w razie ujawnienia grozi odpowiedzialnością cywilną i karną.
Odwiedzin:
150592